Nie wiem, jakim cudem Dead Man’s Hand trafił pod czarne skrzydła Agonia Records. Zresztą, cuda nie istnieją, bo inaczej od dawna leżałbym już na hawajskiej plaży z drinkiem z parasolką, wcześniej kulturalnie opuszczając na zawsze swoje miejsce pracy. Skoro zatem to nie cud, zapewne należałoby uznać ten fakt za przejaw dywersyfikacji działalności wytwórni.
Bez wątpienia jednak w czasie ustalania szczegółów kontraktu z kapelą, Diabeł musiał patrzeć akurat w drugą stronę lub może któryś z jego rogatych pomocników przyjął korzyść majątkową w kosmate łapsko w zamian za stempel "zatwierdzone przez Szatana". Panowie Norwedzy parają się bowiem mieszanką melodyjnego death metalu (w szwedzkim, oczywiście, stylu) oraz thrashu, czyli gatunkiem, który raczej nie króluje na piekielnych setlistach. No chyba, że się mylę, a w South Park'u trafnie zdiagnozowano orientację Lucyfera.