Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / The Combination

The Combination - Dead Mans Hand

The Combination

Wykonawca:

Dead Mans Hand

6 /10

Nie wiem, jakim cudem Dead Man’s Hand trafił pod czarne skrzydła Agonia Records. Zresztą, cuda nie istnieją, bo inaczej od dawna leżałbym już na hawajskiej plaży z drinkiem z parasolką, wcześniej kulturalnie opuszczając na zawsze swoje miejsce pracy. Skoro zatem to nie cud, zapewne należałoby uznać ten fakt za przejaw dywersyfikacji działalności wytwórni.

Bez wątpienia jednak w czasie ustalania szczegółów kontraktu z kapelą, Diabeł musiał patrzeć akurat w drugą stronę lub może któryś z jego rogatych pomocników przyjął korzyść majątkową w kosmate łapsko w zamian za stempel "zatwierdzone przez Szatana". Panowie Norwedzy parają się bowiem mieszanką melodyjnego death metalu (w szwedzkim, oczywiście, stylu) oraz thrashu, czyli gatunkiem, który raczej nie króluje na piekielnych setlistach. No chyba, że się mylę, a w South Park'u trafnie zdiagnozowano orientację Lucyfera.

To jednak pół biedy, bo za sam brak pierwiastka diabelskości w "The Combination" rozdzierać szat nie mam zamiaru. Jednak druga biedy połowa to już rzecz nieco poważniejsza, choć dotyczy raczej samej stylistyki niż recenzowanego zespołu. Stylistyki, czego by nie mówić, nieco już zużytej, przeżutej i wyplutej (by nie powiedzieć dosadniej), w której znaleźć coś nowego graniczy z cudem, a te, jak dowiodłem na początku, przecież nie istnieją. Faktycznie, "The Combination" wystrzega się jakichkolwiek śladów oryginalności, ale - uwaga! - daje się słuchać, chwilami nawet całkiem dobrze słuchać. Mimo, że w mojej filiżance herbaty nie ma wiele miejsca na podobne granie, przyswajam sobie Dead Man’s Hand bez większych zgrzytów. Odbiera mi to podstawowy argument do krytyki tego rodzaju albumów, ale niepodważalnym faktem jest, że na smutnym tle zawartości defowotraszowej szuflady Norwegowie wypadają nad wyraz dobrze. Oczywiście, do poziomu wczesnych płyt The Haunted czy The Crown jeszcze sporo brakuje, ale nie mam wątpliwości, że każdy, kto lubi podobne klimaty, łyknie ten krążek z przyjemnością.

Muza zdecydowanie oparta jest, co naturalne w takim graniu, na szybkich galopadach. W tym przypadku elementów melodyjnego pitolenia wcale nie jest tak wiele, co dla mnie stanowi niemałą zaletę. Kolejną są podwójne wokale, w tym głęboki growling dodający do całości nieco więcej brutalności. Na szczęście, czystych wokali i piosenkowych refrenów brak. Niby nic, a cieszy. Zespół nie epatuje również solówkami, co nie znaczy, że ich nie ma, nie stanowią one jednak celu samego w sobie.

Mimo swoistej chwytliwości materiału i paru interesujących zagrywek nie można jednak powiedzieć, żeby po odsłuchu "The Combination", i to nawet kilkakrotnym, wiele zostawało w głowie. To raczej muzyka tła, która daje radę w chwili słuchania, ale później momentalnie ulatuje z pamięci. Dzieje się tak przede wszystkim przez spore podobieństwo wszystkich dziesięciu kawałków. Podobne tempa, podobne rozwiązania, wskutek czego w materiał dość szybko wkrada się monotonia. Obawiam się, że podstawowy pech Dead Man’s Hand może polegać na tym, że dla jednej części słuchaczy zespół okaże się zbyt mało słodki, dla drugiej zaś wręcz przeciwnie. Zamiast piekła, jest zatem czyściec, czyli trochę powyżej połowy skali.

Szymon Kubicki