Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Live At Colonia Dignidad

Live At Colonia Dignidad - Opium Warlords

Live At Colonia Dignidad

Wykonawca:

Opium Warlords

Gatunek:

Doom metal

7 /10

Kiedy nie wiadomo, od czego zacząć recenzję, najlepiej oddać głos wytwórni lub samemu twórcy opisywanego materiału. Tak więc, Panie i Panowie, pod nazwą Opium Warlords kryje się nic innego jak instrument dźwiękowego okultyzmu, proces muzycznej terapii oraz narzędzie do porozumiewania się zarówno z istotami ludzkimi, jak i z innymi gatunkami. Całkiem sporo jak na jeden album, nawet jeśli trwa blisko 77 minut. Zawartość bookletu, gdzie między innymi umieszczono ulotkę Zyprexa, leku na schizofrenię oraz epizody maniakalne, rzuca nieco więcej światła na możliwe okoliczności powstania przytoczonej deklaracji.

Za Opium Warlords stoi Sami Hynninen, znany tu i ówdzie jako Albert Witchfinder, obecny w niezliczonej ilości kapel, między innymi, żeby ograniczyć się do tych najbardziej znanych, nieodżałowanego Reverend Bizarre oraz Spiritus Mortis, z którym nagrał ostatnią rewelacyjną płytę. Opium Warlords to jednak projekt jednoosobowy, a Sir Albert odpowiada tu za wszystkie instrumenty oraz wokale. Pan Pracuś najwyraźniej więc nie lubi bezczynności, a jego głównym celem jest szerzenie doommetalowej zarazy na wielu frontach naraz. Niech bowiem nikt nie da się zwieść, że "Live at Colonia Dignidad" wypełniony jest occult ambient rockiem, jak chce wytwórnia, czy też, jak napisano na okładce, black gobi desert rockiem. Cokolwiek te nazwy miałyby oznaczać, tak naprawdę to po prostu doom, oparty na ciągnących się w nieskończoność, monotonnych, bardzo ascetycznych i ciężkich utworach, które nie odbiegają wcale tak daleko od długaśnych walców umieszczonych na ostatnim studyjnym krążku RB. Mam jednak wrażenie, że to materiał jeszcze trudniejszy w odbiorze i mniej strawny dla niewprawionego ucha. Ten fakt automatycznie lokuje "Live at Colonia Dignidad" w gronie płyt przeznaczonych wyłącznie dla największych doomowych maniaków. Ktokolwiek, skuszony postacią Alberta i określeniem "rock" spodziewałby się tu chwytliwych kawałków w stylu ostatniego albumu Spiritus Mortis, będzie co najmniej wielce zaskoczony. Nieco odmienny i chyba najciekawszy klimat wprowadzają wprawdzie "Let It Pour, Let It Pour" (w którym wykorzystano tekst autorstwa Crowleya), "Suck My Spear, Servant of Satan" oraz "Meet Me at the Iron Place", równie surowe, ale zarazem oniryczne i leniwe, mogące przywoływać jakieś bardzo dalekie skojarzenia z czymś na kształt post rocka, oczywiście zagranym znacznie, znacznie wolniej. Utwory te nie mają jednak decydującego wpływu na raczej ciężkawy odbiór całego albumu.

Oprócz warstwy muzycznej istotna jest również oprawa całego projektu. Warto zwrócić uwagę na booklet, w którym prócz wspomnianej już ulotki, znalazło się miejsce między innymi dla dziwacznych dziecięcych rysunków, naukowych tekstów poświęconych nekrofilii, schematu ewolucji i innych takich. Dla mnie Opium Warlords to po prostu ciekawostka. Pomimo tego, że w gruncie rzeczy to solidny album, pewną trudność sprawia mi odczytanie intencji autora. Mam wrażenie, że materiał nie został nagrany całkiem "na poważnie", że chodziło tu raczej o swoistą zabawę konwencją, a przede wszystkim "oko" do słuchacza. Można i tak.

Szymon Kubicki