Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Leavings Of Distortion Soul

Leavings Of Distortion Soul - Tenebris

Leavings Of Distortion Soul

Wykonawca:

Tenebris

9 /10

Truizmem będzie stwierdzenie, że Tenebris to jeden z najciekawszych zespołów na naszej rodzimej scenie. Niestety, również jeden z najbardziej niedocenianych. Tak to bywa, że te dwa przymiotniki często idą ze sobą w parze.

Zawirowaniami w biografii kapeli, zmianami w składzie i przerwami w działalności można by obdzielić kilka innych bandów. Od paru lat zespół regularnie jednak o sobie przypomina, czy to grając na żywo tu i ówdzie, czy też wydając rozmaite, choć w przeważającej mierze wcale nie nowe, rzeczy. Najpierw, w 2007 r. pojawił się "Catafalque - Comet", czyli mieszanka różnych materiałów z dziejów Tenebris. Dwa ostatnie demówkowe tracki na tym wydawnictwie miały pojawić się na planowanym albumie "OOze", którego koniec końców zespołowi nie udało się wydać. Część kawałków, które miały trafić na tę płytę, wzbogaconych o nowe pomysły, zostało mimo to zarejestrowanych (choć bez ścieżek wokalu) w 1999 roku jako "Leavings of Distortion Soul" (za wyjątkiem umieszczonego na "Catafalque - Comet" "Wanderer"). Musiało upłynąć dziesięć lat nim materiał ten, uzupełniony jeszcze o dograne w 2009 r. wokale, ujrzał wreszcie światło dzienne. Skomplikowana historia, choć z happy endem, nawet bardzo happy, bo krążek jest po prostu doskonały.

Znakiem rozpoznawczym Tenebris jest skuteczne wymykanie się wszelkim próbom wciśnięcia ich muzyki do jakiejkolwiek szuflady. Każdy kolejny krążek różni się od poprzedniego. Zróżnicowanie to odnosi się także do zawartości pojedynczego albumu. Nie inaczej jest z "Leavings of Distortion Soul". To, jak na Tenebris, materiał dość prosty (który mimo to i tak kipi pomysłami), rockowy, utrzymany w szybszych tempach i przede wszystkim bardzo przebojowy. Żaden spośród wcześniejszych albumów Tenebris nie wpadał w ucho tak łatwo jak ten. Mało tu czysto metalowych dźwięków, ale jeśli już się pojawiają, bywają wspaniale zakręcone (zwróćcie uwagę choćby na pracę basu na początku świetnego "Five Arms Made of Black" czy na "Are Leaving" z patentami w refrenie rodem z Voivod). Słychać tu sporo inspiracji Sisters of Mercy, czasem bardzo wyraźnych (np. "Mescalito"), na co wpływ ma między innymi zastosowanie równo bijącego automatu perkusyjnego. O dziwo, to jeden z tych nielicznych przypadków, gdzie automat nie przywołuje automatycznej tęsknoty za perkusistą z krwi i kości. Także śpiew Szymona zahacza chwilami o nieco eldritchowską manierę (np. "Blind in the Dark"). Czasem z kolei barwa jego głosu przypomina mi Nicka Holmesa (np. "Behind"), ale to ledwie wycinek mocno urozmaiconych wokali. Swoją drogą, ciekawa to zbieżność, że właśnie w 1999 roku Paradise Lost wydał swój najbardziej depeszowski "Host". Całości słucha się więcej niż wybornie, a materiał ten wcale nie chce ustąpić miejsca w odtwarzaczu innym płytom. Dla mnie - rewelacja. Warto również zwrócić uwagę na fajne wydanie w digipacku z wypukłymi figurkami kosmitów na okładce.

Wkrótce po ukazaniu się "Leavings of Distortion Soul" nadarzyła się okazja do upieczenia kilku pieczeni na jednym ogniu. A to za sprawą wydania przez zespół, zresztą w bardzo przystępnej cenie, retrospektywnego wydawnictwa "Diib". W gustownie wydanym kartonowym boxie znalazło się miejsce dla pięciu płyt, grubego bookletu ze zdjęciami i historią zespołu (w wersji angielskiej, czyli bardzo światowo, choć box przeznaczony jest, jak mniemam, przede wszystkim do sprzedaży w Polsce) oraz hm… wisiorka. Najważniejsza jest rzecz jasna muzyka, a tu "Diib" okazuje się więcej niż nieocenione. Zwłaszcza dla tych, którym nie uśmiecha się wydawać sporych pieniędzy na pierwsze nakłady wczesnych płyt Tenebris. Tak więc, można znaleźć tu krążek z materiałami demo "Solitude" i "Mesmerized" oraz dwa pierwsze albumy zespołu. Oprócz tego dysk z "Metling" - promocyjnym materiałem wydanym wcześniej tylko w kartoniku i "The Comet" (te trzy kawałki znalazły się na wspomnianym już "Catafalque - Comet"). Zawartość muzyczną zamyka recenzowany wyżej "Leavings of Distortion Soul". Całość prezentuje się bardzo elegancko, choć trochę szkoda, że zespół zrezygnował z pierwotnych planów opakowania kompaktów w tradycyjne digipacki, zastępując je ostatecznie nieco rozbudowanymi, ale przyciasnymi kartonowymi kopertami. Medal z ziemniaka dla tego, kto potrafi wydobyć z nich płytę paskudnie jej przy tym nie palcując. Tak czy owak, box ten to rzecz absolutnie obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych nietuzinkową muzą prosto z naszego krajowego podwórka. Ocena obejmuje obydwa wydawnictwa, ze wskazaniem na "Leavings of Distortion Soul".

Szymon Kubicki