Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Snakes For The Divine

Snakes For The Divine - High On Fire

Snakes For The Divine

Wykonawca:

High On Fire

Gatunek:

Stoner

7 /10

Długą drogę przebył High on Fire od czasu wydania przed dziesięciu laty swej debiutanckiej płyty. Z niszowej kapelki słuchanej przez nielicznych do zespołu z gatunku "wstyd nie znać i musowo chwalić, nawet jeśli nie lubię". Bez wątpienia na szerokie wody Amerykanie wypłynęli przede wszystkim dzięki dwóm ostatnim albumom wydanym w barwach Relapse Records. Jednak wzorem swoich rodaków z Mastodon, trio postanowiło przekonać się na własnej skórze, czy przypadkiem trawa po drugiej stronie wzgórza nie jest bardziej zielona i ewakuowało się do Century Media.

Nie mnie oceniać słuszność tej decyzji. Na pewno pod skrzydłami Relapse High on Fire plasował się w grupie czołowych gwiazd tej wytwórni. Decydując się na zmianę szyldu zespół niejako sam skazał się natomiast na trwanie w tłumie dziesiątek innych bandów z katalogu Century Media. Tak to już jednak jest, że na otwartej morskiej przestrzeni łatwo zgubić właściwy kierunek. Tu i ówdzie kryją się śmiercionośne rafy, za każdą wyspą czają się piraci, a jakby tego było mało, można jeszcze natknąć się na kuszącą i zwodniczą syrenę, powiedzmy o imieniu Mamona. Matt Pike, zamiast wzorem Odyseusza zatkać uszy załodze, a samemu przywiązać się do masztu, radośnie pożeglował za syrenim zewem prosto na skały. Wprawdzie (na szczęście) sam moment zderzenia nie został uchwycony na "Snakes for the Divine", może nawet jakiś mistrzowski manewr w ostatniej chwili uchroni High on Fire od katastrofy, ale symptomy obrania błędnego kierunku są już niestety na najnowszym krążku wyraźnie słyszalne.

Nie trzeba nawet jakoś specjalnie się ich doszukiwać, bo walą po uszach już od pierwszych sekund rozpoczynającego płytę tytułowego kawałka. Niewykluczone, że Matt Pike wziął parę lekcji gitary i nie był w stanie powstrzymać się od prezentacji efektów szerszej publiczności. Dzięki temu "Snakes for the Divine" (utwór, nie album) to niezgrabna hybryda melodyjnych hejwi-patatajców, perlistych solóweczek, klasycznego dla High on Fire łomotania w deseń "Devilution" oraz bezproduktywnego mielenia wstawionego tu chyba wyłącznie po to, by wydłużyć kompozycję do przeszło ośmiu minut. Wtedy bardziej epicko jest i w ogóle. Na szczęście dalej jest lepiej, choć w połowie kolejnego "Frost Hammer" znów znalazło się miejsce dla atmosfery i czystych zaśpiewów wypisz wymaluj prosto z obecnego oblicza Mastodon. Jeśli Pike marzy o nagraniu własnego "Crack The Skye" lepiej będzie, jeśli od razu wysadzi wszystkie beczki z prochem, które ma pod pokładem i dzięki temu uniknie zbędnej kompromitacji. Następny, wolny i ciężki "Bastard Samurai" niespodziewanie pokazuje, że zespół wcale nie musi nigdzie pędzić, by nagrać znakomity utwór. Swoim klimatem zwrotki przypominają mi w zasadzie dowolny kawałek z pierwszego albumu pod szyldem Iommi, ale generalnie całość brzmi naprawdę świeżo. Dopiero jednak (i właściwie wyłącznie) na czwartym w kolejności "Ghost Neck" kapela niszczy jak za starych dobrych czasów. Może daję tu świadectwo prymitywnym gustom, ale właśnie takich momentów najbardziej brak mi na recenzowanym krążku. Ogólnego wrażenia nie zmienia już nieco bezpłciowy "Fire, Flood & Plague", ponownie nadmiernie rozwleczony "How Dark We Pray", niezły "Holy Flames of the Fire Spitter" oraz bonusowy "Mystery of Helm" z prawdziwie kuriozalną solówką na sam koniec.  

Zespół w dalszym ciągu nie rezygnuje z przyjętej metody pracy nad kolejnymi albumami - za każdym razem z nowym producentem, ale za to niezmiennie z tym samym grafikiem. "Snakes for the Divine" wyprodukował więc Greg Fieldman, który zebrał cięgi za mastering najnowszego klocka Metalliki oraz nadał oldschoolowy sznyt ostatniej produkcji Slayer. Tym razem udało mu się odwalić kawał niezłej roboty, bowiem płyta brzmi naturalnie i bez przegięć, choć w miksie wysunąłbym perkusję nieco bardziej do przodu. Okładką z kolei, bardzo fajną zresztą, kolejny raz popisał się Arik Roper, który tym razem powędrował ewidentnie w obszary przywodzące na myśl styl Franka Frazetty.

Generalnie, "Snakes for the Divine" nie jest albumem złym, choć mimo wszystko nieco rozczarowuje. Słucha się go bardzo dobrze. Może nawet aż za dobrze, gdyż to najłatwiej przyswajalny krążek High on Fire. Zespół wciąż obraca się w doskonale rozpoznawalnym stylu, mam jednak wrażenie, że Amerykanie nie do końca wiedzą, w którą stronę chcą podążyć. Dotychczasowa nisza okazała się dla nich wyraźnie zbyt ciasna. Pytanie tylko, czy do innej będą pasować równie dobrze.

Szymon Kubicki