Eibon to nieszczególnie oryginalna nazwa, która kojarzyć się może przede wszystkim z norwesko-amerykańskim tworem, równie gwiazdorskim (Satyr, Anselmo, Fenriz, Killjoy) co enigmatycznym, który nigdy nie zdołał zarejestrować choćby EPki (i pewnie nigdy już nie zdoła, przynajmniej nie w tym składzie). Prawidłowym skojarzeniem powinien być jednak Eibon, który pochodzi z Francji, nie tylko dlatego, że im akurat udało się zarejestrować minialbum, ale przede wszystkim przez to, że dwa składające się nań utwory stanowią porcję naprawdę znakomitego grania.
"Eibon" ujrzał światło dzienne jakiś czas temu, bo w grudniu 2008 roku, ale w drodze jest już pełnowymiarowy debiut zespołu, który, jeśli wierzyć słowom dowodzącego Aesthetic Death, ma ponoć zetrzeć w proch recenzowany krążek. Poczekamy, zobaczymy. Jestem skłonny dać kapeli spory kredyt zaufania, bowiem słyszę tu niesamowity potencjał. Zanim jednak będzie można sprawdzić to na własne uszy, warto przyswoić sobie pierwszy (nie licząc splitu z Hangman’s Chair) oficjalny materiał Eibon. Dwa utwory, zamknięte w 22 minutach wskazują na doom metal i to jest jak najbardziej trafny trop. Co więcej, chłopaki rodem z Paryża mają wyraźne inklinacje ku sludge, co - nie kryję - bardzo mi odpowiada. Generalnie "Eibon" idealnie trafia w moje muzyczne upodobania. Za takie właśnie granie skłonny jestem dać się pokroić. Dotąd podobnych dźwięków nie kojarzyłem z krajem roqueforta i bordeaux, choć przecież pochodzi stąd parę znakomitych doomowych bandów. Eibon to jednak nieco inna historia.