Gitarzysta, który w wieku 7 lat grał utwory młodszego Vaughana i Hendrixa, a w wieku 12 lat otworzył koncert B.B. Kinga, musi żyć z wielkimi wymaganiami i presją. Nie inaczej było teraz, rok po wydaniu "Ballads of John Henry". "Black Rock" to twór dojrzały, prawdziwie męski, jednocześnie nietuzinkowy. Joe Bonamassa, bo o nim mowa, zaprezentował na w.w. płycie kawał ciekawego, nowoczesnego bluesa o posmaku rocka.
Płytę otwierają trzy pełne wigoru kawałki, odpowiednio bujające słuchacza. Prezentujące bardziej rockowe wydanie Bonamassy, pokazując równocześnie klimat płyty. Jednakże dopiero przy czwartej piosence, tj. "Quarryman’s Lament" możemy wprost usłyszeć gdzie płyta była nagrywana. Ten najlepszy kawałek na płycie jest pełen greckiego folku, bo właśnie tam zarejestrowano "Black Rock". Bonamassa jednak nie przesadził z folkiem, okraszając utwór bardzo dobrą solówką. Przemyślane solo słyszymy także w rockowym "Spanish Boots". Grecję czuć także w "Bird On a Wire", coverze piosenki Leonarda Coehna. O ile pierwowzór był fatalny, o tyle w ujęciu Bonamassy jest to bardzo klimatyczny kawałek. "Three Times a Fool" świetnie nadaje się na singiel, ze swoim pulsującym bluesowym klimatem. Szkoda, że trwa tylko 2 minuty! W końcu dochodzimy do wspaniałego duetu z B.B. Kingiem. W "Night Life" King niestety prezentuje się w słabej formie wokalne, nie jest to ta potęga co kiedyś. Warto zauważyć jeszcze "Blue and Evil", który słuchany powinien być jedynie głośno. Dopiero wtedy będzie można odkryć siłę ciekawego riffu, który towarzyszy przez cały utwór. Ostatnia piosenka jest utrzymana w nieco żartobliwym tonie, bardzo oszczędna w aranżacji, wycisza słuchacza po wyprawie jaką sprezentował Bonamassa.