Blind Willie Johnson spotyka Boba Dylana. Tak można w najkrótszy sposób opisać styl, w którym obraca się jeden z najbardziej zwariowanych przedstawicieli bluesa z Wielkiej Brytanii, jakich do tej pory słyszałem. I mimo, że na swojej ostatniej płycie nagiął chyba wszystkie możliwe zasady przyzwoitości w muzyce, to wysłuchania jej nie należy zaliczyć do straconych chwil.
Zabierając się do odsłuchania tego albumu warto wiedzieć o kilku szczegółach związanych z preferowaną przez Dave’a Arcariego stylistyką. Generalnie, wszystko plasuje się w latach '30 ubiegłego wieku. Podkreślają to typowe rekwizyty muzyków tej epoki: gitara rezofoniczna i metalowa rurka używana do smagania nią strun. Pierwszoplanową rolę pełni tu wokal typu sznaps baryton, który wyśpiewuje najważniejsze problemy, z jakimi boryka się jego właściciel: romantyczne roszady i notoryczny niedostatek alkoholu. To wszystko stanowi główną bazę brzmienia Dave’a Arcariego, lecz on, celem unowocześnienia, dorzuca jeszcze do tego elementy punka i rockabilly. Nie brakuje tu też wędrownych pieśni znanych z repertuaru Boba Dylana. W efekcie otrzymujemy album "Got Me Electric", kolejną propozycję wytwórni Buzz Records. Wbrew tytułowi - surowy, w całości akustyczny.