Kolejny reprezentant francuskiego doom metalu w natarciu. Jeśli tak ma wyglądać jego atak, lepiej byłoby dla wszystkich, gdyby pozostał w koszarach. Na szczęście, przynajmniej ostatnimi czasy, nie trafiam zbyt często na albumy takie, jak ten oto debiut Fatum Elisum. Sen mam bowiem raczej dobry i nie potrzebuję dodatkowych wspomagaczy.
Francuzi grają klasyczny doom, czy jak kto chce, death/doom w stylu na przykład takiego Worship, albo też całej rzeszy bandów z początku i połowy lat '90. Czysta esencja, bez niepotrzebnych udziwnień, kombinatoryki i wplatania zbędnych, obcych naleciałości. Zatem "Fatum Elisum" to, nie wliczając intro i outro (które tytułami i zawartością nawiązują do ukrzyżowania Chrystusa), cztery długie, przeszłodziesięciominutowe, powolne utwory z obowiązkowymi epizodycznymi przyspieszeniami. Wokal oparty jest przede wszystkim na growlingu, ale zdarza się i czysty śpiew czy nawet histeryczne wrzaski (oj, nasłuchali się chyba chłopaki ziomków z Ataraxie, pochodzących z tego samego miasta).