Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Fatum Elisum

Fatum Elisum - Fatum Elisum

Fatum Elisum

Wykonawca:

Fatum Elisum

4 /10

Kolejny reprezentant francuskiego doom metalu w natarciu. Jeśli tak ma wyglądać jego atak, lepiej byłoby dla wszystkich, gdyby pozostał w koszarach. Na szczęście, przynajmniej ostatnimi czasy, nie trafiam zbyt często na albumy takie, jak ten oto debiut Fatum Elisum. Sen mam bowiem raczej dobry i nie potrzebuję dodatkowych wspomagaczy.

Francuzi grają klasyczny doom, czy jak kto chce, death/doom w stylu na przykład takiego Worship, albo też całej rzeszy bandów z początku i połowy lat '90. Czysta esencja, bez niepotrzebnych udziwnień, kombinatoryki i wplatania zbędnych, obcych naleciałości. Zatem "Fatum Elisum" to, nie wliczając intro i outro (które tytułami i zawartością nawiązują do ukrzyżowania Chrystusa), cztery długie, przeszłodziesięciominutowe, powolne utwory z obowiązkowymi epizodycznymi przyspieszeniami. Wokal oparty jest przede wszystkim na growlingu, ale zdarza się i czysty śpiew czy nawet histeryczne wrzaski (oj, nasłuchali się chyba chłopaki ziomków z Ataraxie, pochodzących z tego samego miasta).

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że wszystko jest w porządku, bowiem, co do zasady, podobne granie łykam bez popity. Tu jednak ewidentnie coś jest nie halo. Wbrew pozorom obracanie się w doomowej stylistyce nie jest łatwym zadaniem. Niejednokrotnie zdarza się, że między wartościowym i, mimo monotonii, przykuwającym uwagę krążkiem a nudnym przeciętniakiem jest ledwie zauważalna granica. Często trudno nawet uchwycić powód, dla którego jedne albumy zaliczane są niejako z automatu do tej pierwszej kategorii, a inne z kretesem przepadają w drugiej. Niestety, Francuzi okazali się nieszczególnie utalentowanymi rzemieślnikami, z gatunku tych "złotych rączek", których nikt normalny nie ma odwagi wpuścić do domu. Zdołali wprawdzie zmontować jako taką płytę, która jednak trzeszczy, zgrzyta, trzęsie się, chybocze, krótko mówiąc - wygląda równie żałośnie, co konstrukcje tworzone przez dwójkę orłów z kultowej czeskiej kreskówki "Sąsiedzi". A co najważniejsze, "Fatum Elisum" nie ma za grosz ikry, i na zmianę, a może raczej równocześnie, drażni i męczy ponad miarę.

Całość zaczyna się dość niewinnie, bo "In Vain" - pierwszy kawałek - to najlepsza rzecz na płycie. Niestety, dalej okazuje się, że to tylko miłe złego początki. Sztampowe kompozycje ciągną się jak guma i sprawiają wrażenie, jakby trwały w nieskończoność. Prawa fizyki nie imają się "Fatum Elisum"; dla przykładu - odtwarzacz podaje dwanaście minut utworu, tymczasem za oknem zapadł zmrok, a oni ciągle grają. Czas stoi w miejscu. Może nawet zawraca w popłochu. Zespół przez cały album korzysta niemalże dokładnie z tych samych patentów. W rezultacie nawet to, co jakoś sprawdzało się w pierwszym utworze, dalej po prostu nie daje rady. Wokale irytują, przyspieszenia rażą amatorszczyzną i sprawiają wrażenie doklejonych na siłę. Do tego zupełnie nic się nie dzieje. Nie tylko inżynier Mamoń byłby niezadowolony z tego materiału.

Szymon Kubicki