Ciężki jest los wytwórni płytowych, zwłaszcza tych bardziej niszowych. Przytula taka zespół zabłąkany gdzieś na poboczach sceny, gotowa mu nieba przychylić i na każde życzenie ptasie mleczko serwować. A ten, niewdzięczny, kiedy tylko wypłynie na szersze wody, rychło puszcza w niepamięć starania swego dobroczyńcy i rzuca się w ramiona innej, większej, zamożniejszej. Żmudną robotę trzeba więc zacząć od nowa, by nie przeoczyć wartościowego młodego narybku, nim ten wpadnie w sieci konkurencji.
Z takimi bolączkami boryka się choćby Relapse Records, której największe gwiazdy, jak na przykład swego czasu Mastodon, czy ostatnio High on Fire, po okresie owocnej współpracy decydują się na poszukiwanie szczęścia gdzie indziej. Amerykanie nie ustają jednak w wysiłkach i systematycznie prezentują słuchaczom krążki kolejnych młodych gniewnych. Jednym z nich jest debiutancki "Full of Hell" niejakiego Howl właśnie. Przechodząc od razu do konkluzji, bardzo zacna to płyta. Niby nic wielce oryginalnego czy rewolucyjnego, ale młóci i zgniata aż miło. Do tego Howl robi to tak fachowo, jakby młócił i zgniatał od co najmniej dekady. I to na trzy zmiany. Nie ma tu miejsca na chałturę. Całość jest przemyślana, spójna i mocna niczym żelbeton. Muzyczny fundament kapeli oparty został na surowym, sludge’owym ciężarze, który jednak wyposażony jest również w sporą dozę punkowego, obskurnego brudu oraz delikatną szczyptę deathmetalowych wibracji. Taka mieszanka zawsze była, jest i będzie bliska memu sercu. Ponadto, znalazło się miejsce dla swoistej chwytliwości i melodii, na szczęście dalekiej od radiowych trendów. Słuchając "Full of Hell" chwilami trudno usiedzieć w miejscu, choć szczególnie szybkich temp Amerykanie raczej nie serwują.