Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Eparistera Daimones

Eparistera Daimones - Triptykon

Eparistera Daimones

Wykonawca:

Triptykon

Gatunek:

Doom metal

9 /10

Wszyscy zainteresowani zapewne wiedzą, kto stoi za szyldem Triptykon. Pogodzeni na chwilę panowie Fisher i Ain zdołali stworzyć ledwie jeden album Celtic Frost, nim kolejny raz pojawiły się między nimi animozje, równoznaczne z końcem świeżo wznowionej współpracy. Album tylko jeden, ale za to jaki. Zarejestrowany w 2006 roku "Monotheist" to jedna z niewielu płyt powstałych w pierwszej dekadzie bieżącego stulecia, którą bez wahania stawiam na szczycie muzycznego olimpu.

Nic dziwnego zatem, że Thomas Fisher po opuszczeniu Celtic Frost zdecydował się kontynuować podjęty kierunek, tyle że pod inną nazwą - Triptykon. Kontynuować to dobre słowo, bowiem przebicie "Monotheist" od początku było celem nierealnym. Wydaje się zresztą, że takiej próby nawet nie podejmował. I dobrze, bo choć "Eparistera Daimones" to oczywiste rozwinięcie wątków zawartych na "Monotheist", posiada on wyraźną, własną tożsamość. Może się mylę, ale mam wrażenie, że lider Triptykon świetnie zdawał sobie sprawę, iż trudno będzie stworzyć materiał jeszcze bardziej duszny, mroczny i ciężki niż ostatnie dzieło Celtic Frost. Komponując "Eparistera Daimones" Fisher zrobił oczywiście użytek ze sprawdzonych wcześniej patentów, także jeśli chodzi o samą konstrukcję krążka. Kończący album 19-minutowy, monumentalny "The Prolonging" może (musi?) budzić skojarzenia z (prawie ostatnim) walcem "Synagoga Satanae" z powrotnego albumu CF. Dalej, znakomity "In Shrouds Decayed" (zawierający zresztą doskonałe partie wokalne, dzięki którym słuchacz może odbyć podróż w czasie do "To Mega Therion") to wariacja na temat "A Dying God Coming Into Human Flesh". Wreszcie, pomysł na najspokojniejszy, niemal triphopowy "My Pain" został przetestowany już cztery lata wcześniej w "Obscured". W tym przypadku podobieństwo jest wyraźne także dlatego, że w obydwu kawałkach gościnnie zaśpiewała Simone Vollenweider, która zresztą na recenzowanej płycie pojawia się jeszcze kilkukrotnie. Nie można też nie dostrzec analogii w sposobie komponowania (weźmy na przykład partie gitar) czy ogólnym klimacie płyty.

Zdecydowanie mniej jest tu jednak wszechobecnej na "Monotheist" atmosfery podskórnego niepokoju (może poza nieśmiałą próbką w postaci "Shrine"). Brak tu takich utworów, jak choćby piekielny "Triptych: Totengott". Choć frontman już w pierwszym wersie otwierającego album "Goetia" deklaruje: "Satan, savior, father / Lord, constructor of my world / Master, destroyer, redeemer / Guide me, I am the open wound", diabelski nastrój pojawia się w znacznie mniejszych dawkach. Słychać wyraźnie, że Fisher wygładził uprzedni koncept, poprzycinał kanty i w gruncie rzeczy nie zaproponował niczego nowego. O ile więc "Monotheist" był prawdziwie trudny i wyczerpujący, bezlitośnie uwierał słuchacza, nie pozwalał nawet na chwilę relaksu, o tyle debiut Triptykon to wersja light krążka z roku 2006. Płyta zdecydowanie łatwiej przyswajalna, która szybciej odsłania przed odbiorcą karty, wreszcie - bardziej jednorodna. Mimo to, oceniając ją wyłącznie przez pryzmat "Monotheist", łatwo przegapić, że to wciąż naprawdę znakomity materiał. Gdyby ostatnie dzieło Celtic Frost nigdy nie powstało, można by z dużym prawdopodobieństwem założyć, że "Eparistera Daimones" zająłby jego miejsce i zebrał podobne tamtemu pochwały.

Może po prostu Fisher mentalnie odciął się od bagażu swojego poprzedniego, kultowego zespołu, w wyniku czego powstała płyta autentycznie świeża, nie sprawiająca wrażenia wymuszonej. Mimo całego szeregu doświadczeń jego twórcy, "Eparistera Daimones" ma w sobie siłę i szczery entuzjazm grania. Nikt tu się nie napina ponad miarę, a bardzo dobra współpraca z pozostałymi muzykami, a zwłaszcza z V. Santura, gitarzystą, drugim wokalistą oraz współproducentem, jest wyraźnie słyszalna. Wspomniana już jednorodność albmu oznacza przede wszystkim, że poszczególne kawałki są bardzo równe. Całość to potężny monolit, który dobrze sprawdza się również na żywo, między innymi dzięki takim utworom jak choćby "Descendant". Prócz wspomnianych "My Pain" czy "In Shrouds Decayed" uwagę zwraca także gwałtowny i agresywny "A Thousand Lies" czy "Myopic Empire" z zaskakującą fortepianową wstawką. Szczerze mówiąc, nie oczekiwałem aż tak dobrego krążka. Nie wyobrażam sobie również sytuacji, by "Eparistera Daimones" mogła nie przypaść do gustu tym, których zachwycił "Monotheist". A poza wszystkim, czy wydawnictwo ozdobione okładką autorstwa HR Gigera może być słabe? Czapki z głów.

Szymon Kubicki