Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Periphery

Periphery - Periphery

Periphery

Wykonawca:

Periphery

8 /10

Kto by przypuszczał, że to Meshuggah, nie Neurosis stanie się najbardziej wpływowym zespołem nowego tysiąclecia. Nie są to puste słowa bez pokrycia gdyż twórczość Szwedów zrewolucjonizowała metalcore, urozmaiciła skostniały death metal, oraz i tu uwaga: stworzyła kompletnie nowy gatunek muzyczny jakim jest djent.

Przeciętny słuchacz bazujący na samych dokonaniach Meshuggah raczej (jeszcze) nie wie co to djent, ale wystarczy aby posłuchał recenzowanego właśnie krążka, by kwintesencję tej zdobywającej popularność muzyki miał w przysłowiowym małym palcu. Periphery, macierzysty projekt gitarzysty/kompozytora (może nawet wizjonera) ukrywającego się pod śliczną ksywą Bulb z pewnością spełni oczekiwania, oraz wymagania co ambitniejszych słuchaczy mimo wszystko lubujących się w mocnych progresywnych brzmieniach.

Djent sam w sobie to bardzo zrytmizowana muzyka w głównej mierze opierająca się na polirytmii, wszechobecnych przestrzennych melodiach, wszelkich (o zgrozo) dysonansach, łamaniu wszystkiego czego się da, pewnie nawet i kręgosłupa perkusisty. Sam djent w sobie to określenie dla charakterystycznego dźwięku wydobywanego z gitary, który posłużył za określenie dla całego gatunku jeszcze do niedawna pozostającego w niszy. Dziś, kiedy na świecie grasują już takie twory jak Tesseract, Fellsilent, Periphery, Vildhjarta, Animals As Leaders (zespół według mnie lepszy niźli samo Periphery) a nawet nasi krajanie z Afekth - grających idealnie w stylu Meshuggah, czy wreszcie mający przed sobą niezłą karierę Cruentus, mówić możemy już o całym zjawisku i nurcie, pełnym wszechobecnych, wspaniałych instrumentalistów co rusz prześcigających się w pomysłach.''Periphery'', bo taki tytuł nosi ten krążek, to debiut, którego prawdopodobnie jakościowo trudno będzie przebić, a bynajmniej mam nadzieję, że nie prędko, gdyż ilość dźwięków zawarta na tym srebrnym krążku trwającym ponad siedemdziesiąt minut, wyczerpuje na jakiś czas temat (choć Bulb nadal komponuje i wrzuca swe wypociny na myspace, to na soundclick). Lwia część kompozycji oscyluje powyżej magicznych czterech minut, co z pewnością wielu ucieszy.  Wszak przecież łatka ''progresywny'' w końcu do czegoś zobowiązuje, lecz niestety wieńczący  to dzieło trwający ponad kwadrans ''Racecar'' to jednak znaczne wypaczenie tego słowa, pomimo gościnnego udziału Jeffa Loomisa (piękne solo!) oraz byłego wokalisty Periphery Caseya Sabola, czy ostatniego z gości frontmana równie ciekawej formacji Sky Eats Airplane.

Co ważne, i co warto podkreślić, ta muza brnie do przodu, nawet gdy panowie (w tym trzech gitarzystów) zwalniają, robią to tak plastycznie i z taką dokładnością, iż te dźwięki po prostu płyną. Wadą albumu, jak i zespołu w ogóle okazuje się być wokalista, którego w obiegowej opinii w ogóle być tam nie powinno, a muzyka obroniłaby się sama. I nie śmiem nawet w to wątpić, ale uważam też, że te wszystkie emocje (z naciskiem na emo) są jednak potrzebne, i do tych wypocin (zarówno czystego śpiewu jak i odrobinę nieudolnego screamu) da się przyzwyczaić. Ba! Nawet można się z nimi polubić - choć przyznaję do łatwych zadań to nie należy. Ci, którzy preferują Periphery w wydaniu instrumentalnym śmiało mogą się zaopatrzyć w wersję albumu bez śpiewaka, i ciekaw jestem która płyta sprzedaje się lepiej. Periphery w znacznym uproszczeniu to bardzo energiczna, żywiołowa, jakby nie patrzeć - a raczej słuchać wciąż brutalna muzyka, zarówno dla żądnych wrażeń studenciaków w okularach jak i starszych metalowych wyjadaczy. W konfrontacji z amerykanami otwartość umysłu pozostaje wymagana. Nawet przy breakdownach.

Grzegorz ''Chain'' Pindor