Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Appalachian Incantation

Appalachian Incantation - Karma To Burn

Appalachian Incantation

Wykonawca:

Karma To Burn

Gatunek:

Stoner

8 /10

Od wydania ostatniego krążka Karma to Burn minęło osiem lat. Nic zatem dziwnego, że premiera czwartego w dorobku długograja spotkała się z niemałym zainteresowaniem słuchaczy. Amerykanie zagrali w ostatnim czasie trochę koncertów i może to stało się impulsem do stworzenia nowej porcji materiału. Nowy album "Appalachian Incantation" (nawiązanie do "Appalachian Woman" z debiutu?) ujrzał w końcu światło dzienne, trochę nieoczekiwanie ukazując się w barwach Napalm Records. Wytwórnia ta bez dwu zdań zapewnia solidną dystrybucję, nie bardzo jednak kojarzy się z podobną stylistyką.

Osiem lat przerwy, a w muzyce zespołu prawie nic się nie zmieniło. Najnowszy krążek wyraźnie podejmuje kierunek, jaki obrany został na drugiej i kontynuowany na trzeciej płycie kapeli. To po prostu kolejny materiał Karma to Burn, z kompletem cech charakterystycznych dla ich stylu. Trio wciąż gra więc instrumentalnie; w dalszym ciągu też utworom pozbawionym ścieżek wokalnych nadaje liczbowe tytuły. Jest jednak i nowinka, bo po raz pierwszy od debiutu w muzie Amerykanów pojawił się wokal i to od razu w dwu kawałkach (choć drugi wzbogaca tylko limitowaną edycję krążka). Za śpiew odpowiadają zaproszeni goście, to jest w "Waiting On The Western World" Daniel Davies z Year Long Disaster, co wydaje się zresztą całkiem naturalne, jeśli wziąć pod uwagę, że obydwa bandy łączy osoba basisty - Rich Mullins. Bonusowy "Two Times" uświetnia natomiast sam John Garcia, którego, jak mniemam, nie trzeba bliżej przedstawiać. "Two Times" brzmi przy tym bardzo znajomo, bo to nic innego jak przerobiony "Waltz of the Playboy Pallbearers" z debiutu. Utwór został wydłużony o blisko półtorej minuty, opatrzony klimatycznym wstępem, nowym tekstem i oczywiście niepodrabialnym wokalem ex-frontmana Kyuss. Linia melodyczna pozostała jednak ta sama. Efekt jest doskonały (może cały album w takim składzie i stylu?). A skoro już o Kyuss mowa, nie można nie wspomnieć, że recenzowany materiał został wyprodukowany przez Scotta Reedera, basistę legendarnej kapeli. Gość spisał się naprawdę nieźle, nadając albumowi bardzo przejrzyste, czytelne i naturalne brzmienie.   

Jeśli ktoś miał do czynienia z wcześniejszymi wydawnictwami Karma tu Burn, "Appalachian Incantation" nie ma prawa go zaskoczyć. Trio wciąż gra mocnego, dynamicznego i bardzo gitarowego rocka, a większość utworów utrzymana jest w szybszych tempach. W kontekście twórczości Amerykanów zwykło się używać określenia 'stoner', jednak w mojej ocenie ta etykieta, choć generalnie może i odpowiednia dla muzyki zespołu, to jednak nie w pełni oddaje jej istotę. Jasne, że przez brak ścieżek wokalnych słuchacz większą niż zwykle uwagę poświęca warstwie instrumentalnej; kapela musi więc z użyciem klasycznego rockowego instrumentarium nie tylko zainteresować odbiorcę, ale też sprawić, by ten w żadnym momencie nie zaczął ziewać z nudów. I tu leży podstawowa trudność w komponowaniu tego rodzaju dźwięków. Amerykanie, podobnie jak w przypadku poprzednich albumów, radzą sobie z tym bardzo dobrze.

Muzycy mają talent do pisania nośnych motywów, które w miarę trwania utworu, umiejętnie obudowują nowymi elementami, dbając zarazem, by podstawowa linia melodyczna gdzieś nie zanikła. Stąd, z jednej strony kompozycje Karma to Burn są zazwyczaj bardzo chwytliwe, niemal stworzone do gry na żywo, z drugiej jednak zdarzają się w nich momenty, które sprawiają wrażenie tylko podkładu pod partie śpiewu, surowej wersji utworu czekającej na dogranie śladów wokalu. Na szczęście, w miarę obcowania z "Appalachian Incantation", symptom ten traci na znaczeniu, a słuchacz daje się porwać takim przebojom, jak choćby początkowy "44". Inna historia to wspomniane wyżej utwory z udziałem śpiewaków. Mam tu na myśli zwłaszcza "Waiting On The Western World", który umieszczony pośrodku albumu, rozbija go na dwie części. Poza tym, to kawałek skomponowany całkiem odmiennie, który nie tylko wyraźnie oddaje pierwsze skrzypce Daviesowi, ale także brzmi całkiem inaczej.

Rejestrując "Appalachian Incantation" Karma to Burn nie tylko utrzymała poziom poprzednich wydawnictw, ale stworzyła materiał, który spokojnie może się z nimi równać. Po tak długiej przerwie mogło być bardzo różnie, tym bardziej więc cieszy, że Amerykanie wracają w formie. Mus dla fanów i nie tylko.

Szymon Kubicki