Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Forgotten

Forgotten - Drown My Day

Forgotten

Wykonawca:

Drown My Day

Gatunek:

Death metal

8 /10

Każdy, kto mniej lub bardziej śledzi krajową scenę muzyczną z pewnością miał już okazję usłyszeć o ponętnych krakusach z Drown My Day. Deathcore, deathcorem, ale z załogą drącego się Groov'a i obsługującego wiosło Zvisha śmiało zapoznać się może każdy zwolennik całkiem technicznego, melodyjnego... death metalu.

Osobiście nie ukrywam, że wyraźnie śledzę poczynania tej formacji począwszy od demo z 2007 roku, jeszcze w języku ojczystym, dobrze rokującego dla młodego zespołu, który niewiele później miał nagrać solidny materiał, który śmiało postawić można było obok płytek czołowych rodzimych deathcore'owo/grindowych aktów z Alienacją oraz Godsend na czele. Jest jednak jedno mocne ale. Mianowicie czas oczekiwania na tę EP. Mało znam zespołów, które dają sobie tak dużo luzu, co w rezultacie przekłada się na pracę nad nowymi hiciorami. Pewnie, że Zvish coś tam sobie regularnie pisze (jakby nie było to perfekcjonista), ale moi drodzy, ileż kurwa można było czekać, co? Tyle dobrze, że ten matex ukazał się w dniu dziecka, zatem każdy nastoletni fan może pocieszyć michę, na szczęście darmo!

Kolejną wadą, choć nie wpływającą stricte na sam odbiór materiału jest jego czas trwania. Faktem, i to smutnym, jest to, że po odcięciu obu interludiów zostaje zaledwie dwanaście i pół minuty brutalnej muzyki. To wręcz niedopuszczalne, bo biorąc pod uwagę fakt, że na longa poczekamy pewnie z 10 lat, co mają zrobić wszyscy Ci, którzy tak ochoczo kibicują Drownom, co? Dajcie spokój. Smutasom i marudzeniu dam jednak spokój. Czas kolokwialnie, i bardzo obrazowo mówiąc: "pospuszczać się nad tym dziełem". Otwierającego intro, mające chyba na celu wzbudzić grozę przed prawdziwym hiciorem w postaci "Nobody Fucks" (mój absolutny faworyt) w ogóle się nie czepiam. Po rzeczonym wprowadzeniu następuje po prostu zajebisty atak, wspomagany gęstymi blastami, dobrymi breakdownami, a w samym środku melodyjnym motywem wprost stworzonym do biegania w circle pit. Dodajmy do tego wszystkiego zdecydowany atut całego materiału, i bez lizania dupy atut całego zespołu w postaci Groov'a, pewnego siebie, rozkochanego w deathcorze wokalisty. Nie bez powodu jego woxy są wysunięte do przodu, śmiało można mu przyznać, że na krajowej scenie (i pewnie nie tylko) jest zupełnie nie do podjebania, aż miło jest stwierdzić, że tak jak chciał tak zrobił - rzeczywiście drugiego takiego krzykacza nie ma. Kolejne intro, tym razem już "klimatyczne" przygotowuje na bodaj najszybszy atak na całej płycie w postaci równie technicznego, co agresywnego "Forgotten but not forgiven". Porządne szybkie blasty, kocie rytmy, doskonałe przejścia (a co dopiero Adam vel "Goplan" pokaże na nowym Sothoth!) to jest dokładnie to. Panowie dopuścili się też malutkiego autoplagiatu, otóż motyw z 01:01-01:08 bliźniaczo przypomina nabicia pojawiającego się w drugiej minucie tytułowego songu z poprzedniej epki. To jednak minimalna zrzynka z samych siebie trwająca li tylko moment, ale warto ją jednak odnotować.

Dalej jest już tylko lepiej. "Feel Poisoned" to faktycznie najcięższy ich utwór jak do tej pory, kojarzący się z typowo Amerykańską szkołą grania, co jednak nie jest minusem. Przyznam się, że nawet jak na Drown My Day w rzeczonym utworze dzieje się CO NAJMNIEJ DUŻO, nie wspominając już o dodaniu smaczku jakim jest końcowy breakdown podlany mrocznym trance'owym (tak, dyskotekowym) sosikiem. Wieńczący epę "Tear The flesh" z pewnością przypadnie do gustu fanom Carnifex, a nawet słuchaczy rozkochanych w połamańcach czy djencie  (dobry groove na garach!). Tyle na temat muzyki. Oprawa graficzna prosto z h8design po prostu cieszy oko. Z założenia jegomość na okładce pewnie miał przypominać tego na froncie ostatniego Impending Doom.. nie wyszło, choć efekt i tak jest zadowalający, przynajmniej wyróżnia się spośród tych wszystkich wszechobecnych zombiaków, zarówno wykonaniem jak i pomysłem. Teraz o samym soundzie. Cóż, jak na totalne (jak się okazuje wciąż popularne) DIY brzmi to wprost niesamowicie. Zvish dłubał, dłubał i wydłubał. Ostateczny efekt (choć wersji pewnie było z miliard) daje nieźle po dupie, i nawet tak mocno triggerowane gary robią (mi) lapidarnie mówiąc, dobrze. Mam jednak nadzieję, że w (oby niedalekiej) przyszłości Drown My Day uda się wreszcie do prawdziwego studia nagraniowego, gdzie ktoś trzeźwo spojrzy na to wszystko, a nawet "doda coś od siebie". Wcale nie myślę tutaj o Zedzie czy Szymonie Czechu (ani trochę he,he). Cieszy mnie też to, że ten zespół choć tempo pracy ma raczej ślimacze, cały czas się rozwija - co najważniejsze w dobrym kierunku. Od demo po drugą epkę przeszli długą drogę ku lepszemu, a gdy pojawi się longplay mam nadzieję, że będziemy mówili już o jednym z najciekawszych zespołów w tym gatunku nie tylko na południu kraju, ale miejmy nadzieję, że nawet za wschodnią i zachodnią granicą, gdzie Drown My Day błyszczeć będzie własnym, niczym nie skalanym stylem oraz unikalną tożsamością. Pytanie tylko kiedy?

Grzegorz "Chain" Pindor