Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / How To Destroy Angels

How To Destroy Angels - How To Destroy Angels

How To Destroy Angels

Wykonawca:

How To Destroy Angels

Gatunek:

Electronic

6 /10

How to Destroy Angels to nowy projekt Trenta Reznora, który - jak można domyślać się po jego nazwie - ma być hołdem dla debiutanckiego singla Coil z 1984 roku. Od 1 czerwca na stronie zespołu dostępny jest materiał z ich pierwszej EP-ki.

We wrześniu zeszłego roku dobiegła końca pożegnalna trasa Nine Inch Nails, jednego z najważniejszych (lub przynajmniej najbardziej popularnych) przedstawicieli industrialnego rocka w przeciągu ostatnich kilkunastu lat. Wkrótce miało się okazać, co mogło być powodem tej niebagatelnej decyzji. "Cherchez la femme", jak mawiają mądrzy ludzie w podobnych sytuacjach - i faktycznie, kobieta ma z tą sprawą więcej wspólnego, niż mogłoby się z początku wydawać. Już kilka tygodni po ostatnim koncercie Trent Reznor przysiągł miłość, wierność i uczciwość małżeńską niejakiej Mariqueen Maandig, a owocem małżeństwa jest, proszę sobie wyobrazić... zespół. How to Destroy Angels, czyli Reznor, Maandig i producent Atticus Ross, od ponad miesiąca dzielą się ze światem swoimi nagraniami, a 1 czerwca na ich stronę internetową trafił cały materiał z nowej, jeszcze nie wydanej EP zespołu.

Najnowsze dokonania Reznora można określić krótko - i moim zdaniem dość trafnie - jako "Nine Inch Nails w pigułce". Sześć kompozycji, które składają się na "How to Destroy Angels", brzmi jak zbiór najbardziej charakterystycznych motywów z kilku ostatnich albumów NIN, połączony z wyrazistym rytmem automatu perkusyjnego i cokolwiek sennym głosem Mariqueen Maandig, występującej tu w roli głównej wokalistki.

NIN w wersji kompakt. NIN bez łez. NIN do tańca. Nie wiem co sądzą na ten temat sami muzycy, ale ilekroć tylko włączam "How to Destroy Angels", kolejne kawałki przywodzą mi na myśl skojarzenia z dawnym zespołem Reznora, tyle że w uproszczonym wydaniu. Mówiąc dokładniej: z czterema ostatnimi albumami, czyli tymi, których współtwórcą jest Atticus Ross. Nie twierdzę, jakoby ten fakt miał dyskwalifikować nowe nagrania, bynajmniej. W brzmieniach i motywach, które przewijają się przez twórczość Reznora z ostatnich kilku lat wciąż tkwi olbrzymi - i moim zdaniem jak dotąd niewykorzystany w pełni - potencjał. Jednak czy powstanie nowej grupy nie każe nam oczekiwać od muzyków czegoś... nowego? Dodatkowo nie wygląda na to, by Mariqueen Maandig miała przyczynić się do ewentualnego przełomu artystycznego zespołu. Obawiam się, że zarówno w jej poprzedniej grupie, West Indian Girl, jak i tutaj, jej głównym zadaniem jest wyglądać ładnie. Bez wątpienia wychodzi jej to znakomicie, ale niestety jej uroda nie znajduje żadnego przełożenia na muzykę.

Od kiedy tylko usłyszałem Nine Inch Nails po raz pierwszy, ich muzyka niezmiennie przysparza mi mnóstwo frajdy. Dlatego darzę wielkim szacunkiem tak Reznora, jak i wszystkich innych ludzi, którzy współtworzyli i współtworzą jego projekty - bo to po prostu zdolni muzycy, prezentujący zupełnie nowe podejście do tego co robią. Z tego co mi wiadomo na obecną chwilę, latem tego roku ma ujrzeć światło dzienne pierwszy, "pełnowymiarowy" album How to Destroy Angels. Wszystko wskazuje na to, że ich dzieło będzie co najmniej przyjemne dla ucha, jednak jeśli rzeczywiście ma być oddaniem komuś hołdu, to będzie to hołd dla kogoś innego. Bo wszystkie dotychczasowe piosenki sprawiają wrażenie, jakbym słyszał je gdzieś wcześniej... i na pewno nie na krążkach Coila.

Jacek Biernacki