Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Fifty Foot Woman

Fifty Foot Woman - Fifty Foot Woman

Fifty Foot Woman

Wykonawca:

Fifty Foot Woman

Gatunek:

Rock

7 /10

Co tu dużo kryć, kondycja rodzimego rynku (czy raczej jarmarku) muzycznego średnio mnie interesuje. Jednak przy debiucie młodzieńców z Fifty Foot Woman warto na chwilę się zatrzymać. Zespół podjął się bowiem straceńczej z założenia misji zaszczepienia na polskim gruncie stonerowych dźwięków. Podziwu godne, jeśli wziąć pod uwagę, że zdecydowana większość słuchaczy ogólnie rozumianego rocka wydaje się uważać, że to nic niewarta tandeta w sam raz dla rednecków, z wąsami na przedzie.

Dotychczasowe, mizerne próby przyszywania stonerowej łaty bardziej znanym bandom pokroju Corruption, który swoją drogą - jak na moje ucho - obok stonera nawet nie leżał/siedział/stał, świadczyły niezbicie o jednym. O szczerej desperacji nielicznych zwolenników tego typu grania. Tymczasem Fifty Foot Woman niczego nie trzeba przyszywać, bo ich dźwięki jak ulał wpasowują się w definicję stonera. I, jak sądzę, wcale nie wywołuje to wstydu u chłopaków odpowiedzialnych za ten projekt.

Podoba mi się nazwa kapeli, zgrabnie nawiązująca nie tylko do filmowego starocia o mało wdzięcznym polskim tytule "Atak kobiety o 50 stopach wzrostu", ale także odzwierciedlająca klasyczną dla gatunku zbitkę słów w rodzaju np. Sixty Watt Shaman. Recenzowany materiał zapakowano w całkiem gustowny, nieco ascetyczny digipack, limitowany do 500 kopii. Mam wprawdzie wrażenie, że autor grafiki nadmiernie zapatrzył się w okładkę debiutu Yob (dosłownie powtórzył wykorzystany tam patent), ale jeśli już czerpać, to od najlepszych. W końcu za wspomnianym obrazkiem stoi sam Malleus.

Skoro okładka sprawia wrażenie częściowo przynajmniej zapożyczonej, to jak jest z muzyką? Ta pożyczona jest w jeszcze większym stopniu, ale w tym gatunku to tylko objaw normalności. Każdy czerpie od każdego, aż w końcu zupełnie zaciera się granica między wierzycielem a dłużnikiem. Jako tych pierwszych można by tu wskazać choćby Orange Goblin, Clutch czy Karma to Burn, ale także (choć z dużą ostrożnością, przede wszystkim ze względu na wokal i klasyczne rockowe inklinacje) Spiritual Beggars. Nad całością unosi się, rzecz jasna, duch Głównego Wierzyciela, to jest Kyuss. Nazwy te najlepiej mogą świadczyć, że w muzie FFW nie ma miejsca na psychodeliczno-kosmiczne odjazdy. W zamian słuchacz otrzymuje surowy, korzenny stoner. Materiał przyswaja się dobrze. Chłopaki czują te klimaty i poruszają się po stonerowej ziemi z podziwu godną sprawnością. To rasowe granie, które nie ustępuje (no, może prawie nie ustępuje) wielu bardziej uznanym markom. I jednocześnie jedna z najlepszych polskich płyt, jakie dane mi było usłyszeć w ostatnim czasie. Brawa przede wszystkim dla gitarzysty; jego udział w takim, a nie innym brzmieniu materiału wydaje się być najważniejszy.     

Synowie pustyni, wychowani pośród kaktusów są oczywiście na tyle twardzi, by dzielnie przyjąć także krytyczne klapsy. Po pierwsze więc, poza otwierającym album "The Hitchhiker", poprzedzonym instrumentalną introdukcją, brak tu wyraźnie wyróżniających się utworów. Dzięki temu całość jest spójna, ale zarazem nieco kwadratowa, a w końcówce nawet nużąca. Składam to jednak (na razie) na karb debiutu. FFW ma jeszcze czas, by nagrywać hity w rodzaju "Scorpionica". Po drugie, mam niemały problem z wokalami i wiem, że nie jestem w tej kwestii odosobniony. Nie chodzi mi nawet o akcent Grzegorza Tarnowskiego, nie każdy musi brzmieć jak rodowity Amerykanin czy Brytol. Myślę tu przede wszystkim o manierze wokalnej. Oscyluje ona gdzieś w okolicach Christiana  Sjöstranda, byłego śpiewaka Spiritual Beggars, z delikatną domieszką JB, do niedawna zdzierającego gardło w tym samym zespole oraz większą dozą Bena Warda, najbardziej rosłego z ekipy Pomarańczowych Goblinów. O ile jednak wyżej wymienieni śpiewają naturalnie, tak Grzegorz Tarnowski robi to bardzo siłowo. Im dalej w płytę, tym bardziej nieodparte wrażenie, że wokalista męczy się ponad miarę. A wraz z nim niestety męczy się i słuchacz. Także dlatego, że przez całe 45 minut krążka frontman śpiewa w ten sam, niezmienny sposób. Można by czasem użyć jakiegoś efektu, czegokolwiek, co wpłynęłoby na urozmaicenie albumu. Do tego niepotrzebnie głos wokalisty został w miksie wysunięty na pierwszy plan, kosztem sekcji rytmicznej. Generalnie jednak wszystkie te małe minusy pozostają bez większego wpływu na odbiór "Fifty Foot Woman". Materiał jest dobry, jest i potencjał. Mam nadzieję, że w przyszłości będzie tylko lepiej.

Szymon Kubicki