Kup Magazyn Gitarzysta

Grace - Jeff Buckley

Grace

Wykonawca:

Jeff Buckley

10 /10

Nie dalej niż kilka dni temu minęło trzynaście lat od tragicznej śmierci Jeffa Buckleya, utalentowanego piosenkarza i gitarzysty. To dobra okazja, by jeszcze raz przyjrzeć się jedynemu albumowi, jaki zdążył wydać za życia.

Lata dziewięćdziesiąte minionego wieku pozwoliły amerykańskiej scenie rockowej odżyć na nowo. Może nie doszło do znaczącego przełomu, jeśli idzie o wartość artystyczną muzyki, ale chyba nikt nie ma wątpliwości co do wpływu, jaki wywarł grunge wraz z pokrewnymi mu gatunkami na kształt rocka w ciągu kolejnych lat. Garażowe grupy z małych miasteczek niemal z dnia na dzień zdobywały światową sławę, a świeżo upieczone gwiazdy umierały równie szybko, zyskując po śmierci jeszcze większą popularność. Na końcu łańcucha pokarmowego stały zaś wielkie wytwórnie, licząc zarobione w ten sposób miliony. Prostota, gniew i brud znów były w cenie - więc grano jak najprościej i jak najbardziej agresywnie. Być może właśnie z tego powodu romantyczny, a jednocześnie mroczny Jeff Buckley nie został doceniony w czasie swojego krótkiego życia przez rzeszę słuchaczy. Bo czy "Grace", którą Jimmy Page nazwał najlepszym albumem dekady, a David Bowie zabrałby ze sobą na bezludną wyspę, mogłaby nie być dziełem wybitnym?

Mimo że był synem Tima Buckleya, znanego niegdyś w kręgach hipisowskich wokalisty, Jeff nie miał z ojcem nic wspólnego poza genami i nazwiskiem. Wychowywany przez matkę i ojczyma chłopiec spędzał coraz więcej czasu przy nagraniach Led Zeppelin, Queen i Hendrixa, by w końcu postanowić o związaniu swojej przyszłości z muzyką. Młody Buckley zaczął podróżować z jednego końca Stanów na drugi, podejmując się dorywczych prac oraz grając na gitarze w małych klubach i lokalach. Jednocześnie coraz częściej wykonywał włączał do repertuaru własne kompozycje, dzięki którym przyciągnął uwagę producentów muzycznych. Podpisany w 1992 roku kontrakt pozwolił mu wydać dwa lata później jego pierwszy i - jak się wkrótce miało okazać - ostatni album.

Dziesięć utworów składających się na "Grace" (w tym siedem własnych i trzy pożyczone) to rezultat doświadczeń, jakie Buckley zbierał przez sześć lat swojej dotychczasowej kariery. Mamy do czynienia z rockiem, ale - nie zdarza się to często - bez najmniejszego śladu bluesa, od którego zresztą muzyk często się odcinał. Zamiast tego prostota i przystępność muzyki rozrywkowej w nietypowy sposób została tu połączona z czymś, czego początków należałoby chyba doszukiwać się w zainteresowaniu nastoletniego Buckleya twórczością takich kompozytorów, jak Béla Bartók i Benjamin Britten. Mam na myśli dziwne uczucie niepokoju, które towarzyszy słuchaczowi przez niemal całą płytę. Jakiegoś rodzaju mrok jest głęboko ukryty w przyjemnych i radosnych z pozoru melodiach, sprawiając że "Grace" jest czymś o wiele więcej niż kolejnym rockowym lub pop-rockowym wydawnictwem.

Można tu znaleźć zarówno klimatyczne ballady ze smyczkami w tle, takie jak "Lilac Wine", jak również brudne gitary zalewające wszystko fuzzem do połamanych rytmów, czego najlepszym przykładem będzie chyba "So Real". Wszystko w jakimś stopniu opowiada o miłości i wszystko jest równie przejmujące. Jednym z największych atutów tego albumu jest z pewnością niesamowity głos Buckleya, który - proszę mi wierzyć - za każdym razem wywołuje u mnie dreszcze. Zresztą jego partie gitarowe także zasługują na uwagę z racji dość nie-rockowego stylu grania. Polecam wsłuchać się w (zapewne i tak już skądinąd znane czytelnikom) "Hallelujah". To wprawdzie cover utworu Leonarda Cohena, ale zaaranżowany z wielkim wyczuciem ożył na nowo i właśnie dzięki temu wykonaniu cieszy się obecnie tak dużą popularnością.

29 maja 1997 roku w Memphis Jeff Buckley utonął w rzece na kilka godzin przed przyjazdem jego zespołu, gdzie mieli kontynuować prace nad drugą płytą, "My Sweetheart the Drunk". Niedługo po jego tragicznej śmierci krytycy zwrócili uwagę na "Grace", umieszczając ten album wśród innych, które miały mieć największy wpływ na muzykę rozrywkową ostatnich lat. Materiał, który piosenkarz zdążył nagrać w ciągu ostatnich miesięcy życia, oraz nagrania z jego koncertów są wciąż wydawane, przyczyniając się do dalszego wzrostu popularności jego muzyki. Możemy się tylko domyślać, jak brzmiałyby kolejne dokonania Buckleya, gdyby żył choć trochę dłużej. Ja po kilku latach zaznajamiania się z jego twórczością śmiało stwierdzam: "Grace" to jedna z najlepszych rzeczy, jakie dane mi było słyszeć.

Jacek Biernacki