Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Planetary Duality

Planetary Duality - The Faceless

Planetary Duality

Wykonawca:

The Faceless

8 /10

Część z czytelników pewnie nie raz w życiu miała styczność z taką nazwą jak Cryptopsy. Tak, tak zespół niezmordowanego Flo Mouniera. No i tak sobie pomyślałem, że na przykładzie tej właśnie formacji skrobnę coś o The Faceless.

Otóż, Cryptosy znane było (i to bardzo powszechnie) z technicznego, połamanego (często do niczego nie podobnego) śmierć metalu by w końcu, dzięki uwielbianym przez wszystkich fanów metalu roszadach personalnych z zespołu o zajebistej renomie, grającego nieszablonową i brutalną muzykę stoczyć się na samo dno w postaci jałowego, nudnego deathcore'a, który akurat w ich wydaniu gorszy jest jak shake z McDonalda. Z przedstawicielami kraju, gdzie sieć restauracji McDonalds stawiała swe czerwono-żółte nóżki jest akurat na odwrót. Z deathcore'a, w głównej mierze budzącego załość i politowanie (choć powodów do narzekań kierowanych w ich stronę tak naprawdę zbytnio nie było) przeistoczyli się (diametralnie, i to za sprawą aż jednego albumu) w twór znacznie ciekawszy, grający na starą, dobrą progresywno death metalową modłę, z której pewnie by i sam Chuck Schuldiner był zadowolony. Krótkie mrugnięcia oczkiem w stronę Pestilence, a także kolegów po "fachu" z Decrepit Birth i wszystko jasne - "Planetary Duality" to techniczny death metal, nie pozbawiony melodii i należytej agresji, której nie powstydziliby się nawet nasi rodacy z Decapitated, a właściwie to na tą chwilę trzech rodaków.

Ładne kosmiczne wstawki -  dokładniej Arcturusowo/Voivodowskie, mile urozmaicają solidną młóckę serwowaną przez tych młodziutkich amerykanów. Obsługujący bębny bliżej nieznany mi Lyle Cooper oszałamia finezją porównywalną do Seana Reinerta (partie w "Coldy Calculated Design"), a reszta składu nie odstaje od niego ani na krok. Nie znam się na tych wszystkich gamach, sweepach granych przez obu gitarowych, ale wiem za to, że granie w tempach powyżej 240 i wyciskanie przy tym solówek do łatwych nie należy. Nie mówiąc już o ciągłym łamaniu metrum i nachalnym przyśpieszaniu tylko po to, by za chwilę progresywnie zwolnić dając wytchnienie słuchaczowi. Można by rzec, że The Faceless to w uproszczeniu granie matematyczne, ale (ku mojej niezmiernej uciesze) nie pozbawione różnorakich emocji. Trzydzieści minut z The Faceless mija jednak na tyle szybko, że świadomie wciskamy przycisk repeat i wyłapujemy wszystkie możliwe smaczki czy to partie klawiszy, kojarzące się z Cynic czyste wokale z użyciem vocodera (chwalę sobie zachowanie przez nich świetnego balansu pomiędzy growlami a normalnym śpiewem), dziwne odgłosy maszyn/komputerów oraz skrzętnie poupychane melodie. Fani blastów i cykającej perkusji znajdą tutaj "coś" dla siebie. Zresztą, wymieniać poszczególnych technik blastowania stosowanych przez Lyle'a zamiaru nie mam, ale jeśli lubisz gęste, a jednocześnie bardzo pulsujące granie "do przodu", gość z pewnością trafi w Twoje gusta.

To jak, gotowi na międzyplanetarną podróż?

Grzegorz "Chain" Pindor