Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Nobody's Daughter

Nobody's Daughter - Hole

Nobody's Daughter

Wykonawca:

Hole

9 /10

Zeszłoroczna wiadomość o nowych nagraniach Courtney była dla jej fanów jak otrzymanie bomby z tykającym zegarkiem odmierzającym czas wybuchu. Oczywistym było, że nadchodzi druga solowa płyta byłej żony Cobaina i nawet sama zainteresowana będąc świadoma porażki poprzedniego albumu (America's Sweetheart, 2004), brnęła w swoje, nagrywając więcej i więcej. Jednak gdy wstępna wersja nowego krążka (wciąż nie wiadomo, czy nie celowo) wyciekła do sieci jesienią 2009 roku, Courtney przejrzała na oczy. Wiedziała, że to nie wyjdzie. Musiała szybko coś wymyślić, by jej nowe dziecko zostało w ogóle zauważone, a nie zignorowane jako coś nie warte nawet recenzji w pierwszym lepszym piśmie muzycznym, gdyż nieoficjalnie opublikowany materiał został przyjęty z tak negatywnym wydźwiękiem jak nigdy dotąd w jej karierze.

Wciąż pracując nad brzmieniem, Love spontanicznie wpadła na pomysł reaktywacji Hole. Podała krótkie informacje do mediów, że materiał, który przygotowuje to nic innego jak wielki powrót zespołu, którego działalność oficjalnie kończyła się na 2002 roku. Zebrawszy zupełnie nowych muzyków Courtney dokonała cudu. Komponując łącznie niespełna czterdzieści utworów, wybrano z nich kilkanaście i dopieszczano w każdy możliwy sposób, by zmieniając brzmienie, odnaleźć zarówno zapach Hole, jak również smak 2010 roku. Ruszając ze swoim profilem na Facebooku dokładnie w pierwszy dzień nowego roku, zespół powoli dawał fanom do zrozumienia fakt, że jest na co czekać...

Po dwunastu latach od wydania ostatniego krążka Hole, grupa wydała swoje nowe dzieło pod koniec kwietnia, co sprowadziło na zespół ponowne zainteresowanie mediów, które to już mówiły w zupełnie innym języku odnosząc się do Nobody's Daughter. Płyta drapie dokładnie tymi samymi pazurami odłożonymi po nagrywaniu krążka z 1998 roku, a nawet można by uznać, że lepiej naostrzonymi! Już piosenka tytułowa otwierająca płytę, pokazuje, że jest to stare, dobre Hole, a nie "pitu pitu" napotkane w zeszłym roku w sieci. Zresztą wszystkie single wydane w wersji elektronicznej kilka dni przed premierą longplaya pokazały właśnie taką klasę nowego albumu.

Skinny Little Bitch, Samantha czy Loser Dust z łatwością udowadniają, że Courtney potrafi jeszcze gryźć i to nie sztuczną szczęką. Mimo obrazu dinozaura, wykreowanego medialnie przez ostatnie lata, uważam, że Love trzyma się nieźle i choćby tymi kawałkami broni się bezapelacyjnie. Dzięki jej nowym kompozycjom można się śmiać, bawić ale i płakać (jak choćby we wzruszającym  Someone Else's Bed), co stanowi o genialności albumu, który już teraz, kilka miesięcy po premierze, przez niemałą część fanów uważany jest za najlepszy album Hole.

Nie przesadzając z wazeliną, uważam, że to naprawdę dobra płyta. Świetne teksty, odnaleziony po latach dobry smak, wciągające brzmienie i nie zmieniający się od lat chrypkowaty głos Courtney mogą razem doprowadzić do zbiorowego orgazmu wszystkich fanów dobrego, gitarowego grania. Ostrzegam tylko przed zapętlaniem albumu - można spędzić na tym wiele godzin, gdyż naprawdę trudno odciągnąć się od tej wspaniałej pozycji.

Mariusz Bonkowski

 

Zdaniem Tomasza Hajduka:

Courtney Love ożyła w czterdziestym piątym roku swojego wywrotowego życia, a może raczej odżyła, podniosła się, zebrała zespół i nagrała nową płytę. Co z tego wyszło? Na "Nobody’s Daughter" znajdziemy kilka całkiem dobrych rockowych kompozycji stworzonych dla Love przez różnych ludzi. Niektóre utwory brzmią znajomo, tak jakby już ktoś je wcześniej zagrał ("Samantha", której współautorem jest nie kto inny jak Billy Corgan). Dobrze jest w momentach, kiedy słyszymy utwory z zacięciem punkowym czy, nazwijmy to, garażowym. Najlepsze kawałki to "Skinny Little Bitch", "Loser Dust" i "How Dirty Girls Get Clean". Tutaj gitary naprawdę grają, a Courtney śpiewa nad wyraz wiarygodnie. Drugą połowę materiału z tej płyty stanowią utwory, które nieźle sprawdzą się w amerykańskich stacjach radiowych - wszak po to chyba powstały ("Honey" czy "Pacific Coast Highway"). Reszta to, hmmm... dzieła, od których co bardziej wrażliwych odbiorców może zemdlić - od nadmiaru oklepanych rozwiązań ("Someone Else’s Bed", "Letter To God" czy "For Once In Your Life"). Paradoksalnie Courtney Love ratuje twarz, uczciwie fałszując w kończącym album "Never Go Hungry", który jako jedyny utwór na płycie napisała sama w całości. Fajny zdarty głos liderki Hole, bardzo dobrze brzmiące gitary i trzy porządne kawałki - to jasne punkty tego wydawnictwa. Nie pozostaje nic innego, jak stwierdzić, że odziany w martensy gatunek o nazwie grunge jest naprawdę dead.

Ocena: 3/10

Tomasz Hajduk