No i stało się - Whitechapel wydało nową płytę. Niby to dobrze, a jednak okazuje się, że źle. Mogli poczekać podłubać nieco więcej, nadać temu (czemu?) nieco inny szlif. Nie zrobili tego, a szkoda. A czemu? Temu bo nowa płyta w ich krótkim dorobku i w czeteroletnim stażu wspólnej gry niesie ze sobą zmiany i tu uwaga: na gorsze. To się wręcz w pale nie mieści, ale co tam, każdy zespół się rozwija, oni też, ale obstawiam, że dzięki "A New Era of Corruption" ich popularność ani nie wzrośnie, ani też nie opadnie, ale za to kopistów wiernych mistrzom (im samym) choćby część się wykruszy. Oby.
Co mnie tak denerwuje w tym albumie? Przede wszystkim dziwny groove, ta nieopisana zmuła wylewająca się z głośników. Niezróżnicowane wokale, brak hitu na miarę "This Is Exile", o "Repossession" nie wspominając, oraz zabawa w łamanie rytmów/podziałów/schematów, która według mnie nijak do nich nie pasuje, i tak też zamiast perfekcyjnie wymierzonych ciosów z blastami jako broń destrukcji, dostajemy krążek niby urozmaicony rytmicznie, ale za to odbiegający od wyklarowanego już stylu. Takie opinie to nie kwestia jednego czy tam dwóch przesłuchań, a co najmniej nastu z których zapamiętać jestem co najwyżej świetne melodyjne solówki (ciekawe który z trzech wiosłowych nasłuchał się skandynawskiego death metalu) i singlowy "Breeding Violence" - reszta ni uja, nic z tego nie kumam. A ja Whitechapel lubię, choć jakimś wybitnym fanem nie jestem, poprzedniczka robiła mi całkiem dobrze, zresztą tak właściwie to tamten album przysporzył im tych wszystkich nastoletnich (dorosłych też) fanów i dziesiątki naśladowców.