Kał należy omijać ponoć szerokim łukiem, nawet nie przyglądając mu się z daleka. Tak należy postąpić w przypadku wątpliwej znajomości z I declare War. Przeważnie jak widać recenzowanym albumom wystawiam w miarę wysokie noty o czym wbrew pozorom decyduje jednak wiele czynników i nie tylko dlatego by zachwalać wyłącznie dobre krążki. Co to, to nie. "Malevolence" to kwintesencja deathcore'a... co niestety nie jest zaletą. Nowe dzieło amerykańskiego kwintetu jest po prostu nudne, męczy a gdzieś tak w połowie odczuwam torsje, czuję też iż zbiera mi się na odruchy wymiotne.... Niedobrze. Bardzo niedobrze.
Doceniam dobry warsztat poszczególnych instrumentalistów (w głównej mierze perkusisty) ale tak jednostajnej muzyki to ja po prostu nie trawię. To ja już wolę sobie puszczać Nile w kółko, gdzie przynajmniej prócz setek tysięcy blastów na sekundę percepcję muzyki wzbogacające egipskie/orientalne smaczki - i nawet (co podkreślam) da się coś z tego zapamiętać. Za to "Malevolence" jest jak tania pusta dziwka lansująca się na parkiecie w podrzędnej dyskotece. Ona sobie jest, ma białe kozaczki, marnej jakości miniówkę, pasek niby z Gucciego, dobra jest na chwilę, na krótki moment poza budynkiem, i można, nawet trzeba o niej zapomnieć by nie mieć urazów psychicznych. Ja tak mam z I Declare War - dosłownie NIC, literalnie N-I-C mnie na tym krążku nie kręci. Monotonne wokale, wygładzone do granic możliwości brzmienie, kompletny brak jakiejkolwiek motoryki, nawet (niby) celowo poukrywanych melodyjek nie ma. To ja się pytam co to jest, co?