Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Deth Red Sabaoth

Deth Red Sabaoth - Danzig

Deth Red Sabaoth

Wykonawca:

Danzig

Gatunek:

Hard rock

9 /10

Pewnego razu pewien bardzo, bardzo znany naukowiec i wynalazca z pierwszej dziesiątki największych naukowców i wynalazców na świecie wpadł na pomysł. Ale nie jakiś tam kolejny bzdurny i bezużyteczny pomysł. Tym razem to miało być coś specjalnego.

Nasz Naukowiec (którego prawdziwej tożsamości na prośbę samego zainteresowanego nie ujawniamy) miał w życiu dwie wielkie pasje - naukę (a jakże!) i ... muzykę Elvisa Presleya. Potrafił cały wolny czas (pomiędzy obmyślaniem i konstruowaniem coraz to nowszych "kroków milowych" w historii ludzkości) spędzać na ciągłym odtwarzaniu taśmy z nagraniami króla (tak tak moi drodzy, rzecz działa się w zamierzchłych czasach, kiedy podstawę arsenału przeciętnego melomana stanowiło urządzenie nieznane współczesnej młodzieży: magnetofon) - nasz wynalazca w szczególności ukochał sobie utwór "Love Me Tender", którego mógł słuchać bez końca.

Tego feralnego dnia nasz Naukowiec - jak co dzień - z uwielbieniem i łzami wzruszenia w oczach chłonął najdrobniejsze niuanse muzyki swego idola dłubiąc sobie spokojnie przy kolejnym przełomowym wynalazku w zawalonej różnej maści fiolkami, pojemniczkami z substancjami podejrzanego pochodzenia oraz licznymi wytworami swojej nieprzeciętnej wyobraźni pracowni kiedy nagle w głowie zaświtała mu myśl: "…a gdyby tak wskrzesić króla!". Niezwykle podniecony swoim nowym pomysłem (bez obaw drogi czytelniku - podniecenie to w żadnym wypadku nie miało podtekstu erotycznego - nasz Naukowiec był typowym, heteroseksualnym samcem z krwi i kości - lubił kobiety, samochody, piłkę nożną i napoje wyskokowe) postanowił natychmiast wcielić go w życie.

Pomysł był bardzo prosty (aczkolwiek jednocześnie niezwykle efektowny): nasz Naukowiec postanowił stworzyć jedyne w swoim rodzaju, pionierskie serum, które zamieniłoby osobę, która je zażyje w wierną, pełnowartościową kopię (dziś taki "nieboski" twór nazwalibyśmy po prostu "klonem") Elvisa Presleya. I tu pojawił się szkopuł. "Skąd wziąć takiego delikwenta, który zdecyduje się poświęcić całe dotychczasowe życie, aby wcielić się w rolę króla?" - pomyślał Naukowiec. Pytanie wydawało się jak najbardziej uzasadnione, zwłaszcza, że w tym konkretnym przypadku wizjoner postanowił wyjątkowo nie dzielić się swoim pomysłem (ani jego owocami) z światem - plan zakładał, że "wskrzeszony" Elvis na zawsze pozostanie z Naukowcem w jego pracowni (niejako w niewoli) i do końca życia "swojego stwórcy" będzie mu towarzyszył umilając codzienną egzystencję swoim głosem i rock’n’rollowym tańcem.

Zakłopotany Naukowiec naprędce rozpoczął typowanie potencjalnego testera specyfiku. W pierwszej chwili pomyślał o swoi starym, kulawym, burym kocie. I tak już do niczego się nadawał, myszy łowić nie chciał - generował jedynie dodatkowe koszty, bo przecież mleko nie rosło na drzewach ani nie leżało na ulicy (niestety, naszemu geniuszowi - pomimo wielu usilnych, bezowocnych prób - nie udało się dotychczas wynaleźć wydajnego, "taniego" substytutu mleka). Pomysł z kotem jednak szybko wydał mu się głupi - po co mu śpiewający i tańczący kot? To dobre dla dzieciaków - nasz geniusz chciał stworzyć prawdziwego, pełnowartościowego Elvisa, CZŁOWIEKA, a nie jakąś infantylną, włochatą przytulankę! Nie było wyjścia - należało znaleźć ludzki obiekt doświadczalny, koniec, kropka. Na szczęście kreatywny umysł naszego bohatera bardzo szybko znalazł rozwiązanie. Tego wieczoru - jak co tydzień - odwiedzić miał go jego wierny kompan, fryzjer John (imię zmienione - niestety również nie wyraził zgody na podanie swojego prawdziwego nazwiska), z którym często zdarzało mu się wychylić przysłowiowego "kielicha". John był najlepszym (i chyba jedynym) prawdziwym przyjacielem Naukowca, toteż geniusz postanowił "uszczęśliwić" towarzysza i dać mu możliwość wzięcia udziału w przełomowym eksperymencie. Czy zapomniałem dodać, że miała to być niespodzianka? Jakoś tak "zupełnie" przypadkiem ekscentryczny wizjoner nie zamierzał poinformować przyjaciela o zaszczycie, który miał go "kopnąć" tego wieczoru (chociaż, jak głosi stare przysłowie: "kiedy zaszczyt kopie - należy się nastawiać")…

Rozwiązawszy problem "królika doświadczalnego" Naukowiec ochoczo zabrał się do pracy. Z piwnicy wyciągnął stary kocioł, w którym jego była żona (biedaczka nie mogąc wytrzymać nawyków ekscentrycznego geniusza wyniosła się z ich wspólnego domu krótko po ślubie, pozostawiając ex-małżonkowi jedyny owoc związku: niezbyt rozgarniętego syna - co wydaje się nieco podejrzane w zestawieniu z niewyobrażalnym IQ ojca -, który odegra ważną rolę w tej historii) zwykła gotować barszcze czerwony, po czym zabrał się za gruntowną dezynfekcję naczynia - w końcu głupio by wyszło, gdyby zamiast pełnowartościowego Elvisa wyszedł jakiś zwykły "burak". Po co jednak był mu potrzebny aż tak wielki kocioł? Czy nie wystarczył standardowy zestaw fiolek??? Nie, bo w głowie Naukowca zdążył zaświtać już kolejny "szczwany" pomysł. "Po co mi jeden Elvis, skoro mogę miał cały zespół? O ile lepiej zabrzmiałyby stare hity, gdyby zaśpiewała je cała armia Elvisów?" - pomyślał.

Po dokładnym wymyciu naczynia (leżało w piwnicy już chyba z 17 lat i wyglądało, jakby służyło raczej do gotowania zupy grzybowej, niż czerwonego barszczu) uruchomił specjalny palnik własnej roboty, wypełnił kocioł wodą i rozpoczął przygotowywanie mikstury. Do wrzącej wody dodawał kolejno różnej maści "artefakty" związane z twórczością i życiem Elvisa - kilka ulubionych kaset z muzyka "króla", źdźbło trawy, po którym przeszedł sam Elvis, pukiel włosów muzyka (nasz Naukowiec zwykł "w czasach młodości" bywać na koncertach idola - podczas jednego z nich udało mu się schwycić za czuprynę gwiazdora i wyrwać garść kłaków, za co zresztą dostał niezłe baty od ochrony, o czym do dziś skutecznie przypominają mu ubytki w miejscu dwóch górnych "jedynek"), pasek do gitary, autograf oraz starą, pożółkłą skarpetę muzyka (jak nasz Naukowiec wszedł w posiadanie tego niewątpliwie bardzo "wartościowego" skarbu? - do dziś niestety nie udało się tego ustalić). Całość "doprawił" extra dodatkami w postaci tajemniczych związków chemicznych własnego autorstwa (nasz Naukowiec był doktorem fizyki, matematyki, mechaniki, chemii, filozofii.. uff, i Bóg jeden wie czego jeszcze, możemy zatem przyjąć, że znał się na rzeczy), które miały ułatwić syntezę wszystkich pływających w roztworze składników. Zatroskany o zdrowie swojego przyszłego "potomka" (jak wszem i wobec wiadomo "król" opuścił ziemski padół z przyczyn zdrowotnych, chociaż niektórzy do dziś wierzą, że swingował swą śmierć i ukrywa się na Marsie…) postanowił nieco "podrasować" miksturę. W tym celu do gotującego się "wywaru" (który - nawiasem mówiąc -zaczął po pewnym czasie wydzielać niezbyt przyjemny zapach, żeby nie powiedzieć "fetor", co po części można tłumaczyć radośnie pluskającą się na dnie kotła skarpetką) dodał łyżeczkę odżywki dla sportowców (skąd w zbiorach Naukowca taki specyfik - no cóż, prawdziwi geniusze podobno lubią kolekcjonować absolutnie wszystko, co im wpadnie w rękę). Tak na wszelki wypadek, aby "wskrzeszony" Elvis miał siłę dzień i noc "umilać" życie naszemu bohaterowi (sugeruję w tym momencie delikatnie abyś drogi czytelniku pominął nasuwający się na myśl podtekst seksualny słowa "umilać" - jak już wspomniano Naukowiec był szanującym się obywatelem, ojcem i wybitną personą, a celem jego działań była jedynie chęć usłyszenia głosu idola "na żywo").

Zadowolony z siebie Naukowiec (w końcu wszystko zdawało się "zmierzać we właściwym kierunku") postanowił się chwilę zdrzemnąć - scalenie wszystkich składników wywaru w jedną całość musiało trochę potrwać, więc geniusz postanowił, że może sobie w tym czasie darować chwilkę w objęciach Morfeusza. Jak pomyślał - tak zrobił: udał się na piętro gdzie stało jego łóżko, ułożył się do snu i momentalnie odpłynął.

Pech chciał, że wychodząc zapomniał zamknąć drzwi…

W czasie błogiego snu naszego bohatera zaszły pewne "nieprzewidziane komplikacje" - do pracowni wszedł "pierworodny" geniusza. Chłopak zdecydowanie prezentował inne pokolenie niż jego ojciec - długie włosy, przenośny odtwarzacz kasetowy (tak tak, był to kolejne cudowny wynalazek skonstruowany przez ojczulka - ponieważ jednak wynalazca nie miał praw do nazwy "Walkman", więc po prostu nazwał je "przenośnym odtwarzaczem kasetowym") zamiast olbrzymiego sprzętu ojca, w środku kaseta z muzyką idoli współczesnej młodzieży- debiutanckim albumem grupy "Black Sabbath". Tak, zdecydowanie, chłopak był przedstawicielem zupełnie innego pokolenia.

Niestety, młodzieniec -pomimo swego groźnego wyglądu i (wydawało by się) "cudownych" genów swego wybitnego ojca - był najzwyklejszą w świecie niezdarą. Kiedy tylko pojawiał się w pobliżu, jego ojciec dostawał "białej gorączki". Chłopak potrafił w przeciągu kilku minut zrobić wokół siebie więcej szkód niż trzęsienie ziemi, tornado, tsunami i wybuch wulkanu razem wzięte. Dlatego też nie miał nigdy wstępu do pracowni, co tym bardziej podsycało jego niezdrową ciekawość…

Tego dnia chłopak wreszcie miał okazję odkryć, co ojciec tak skrzętnie skrywał w miejscu pracy. Podekscytowany wślizgnął się do pustego pomieszczenia i… odkrył, że w sumie nie było tam nic ciekawego. Ot, potężny bałagan (żeby nie powiedzieć dosadniej…) i nic więcej. Nie zrażony tym faktem postanowił jednak pobuszować w śmieciach staruszka - przechodził akurat okres fascynacji kobietami, miał zatem nadzieję, że znajdzie jakiegoś zakamuflowanego "świerszczyka". Długo nie musiał szukać - pod stertą żelastwa ukrywał się najnowszy numer "Penthouse’a" (jak już wspomniałem - tatuś był normalnym, zdrowym samcem, którego ponadprzeciętny mózg często potrafił przemieszczać się w strefę, której atak w sportowych sztukach walki zazwyczaj kończy się dyskwalifikacją), z którego okładki filuternie oko puszczała hojnie obdarzona przez naturę niewiasta (w tych czasach chirurgia plastyczna nie była jeszcze tak popularna jak dziś). Z charakterystycznym młodemu człowiekowi entuzjazmem zabrał się do czytania. O przepraszam - oglądania.

Z wypiekami na twarzy, pogrążony niejako w perwersyjnym transie zapomniał o całym bożym świecie. Jak nietrudno się domyślić - to nie mogło się dobrze skończyć. Owładnięty wdziękiem bohaterek pisemka (a trzeba w tym miejscu zaznaczyć, ze było na co popatrzeć…) zupełnie niechcący (jak zwykle zresztą) potrącił stojącą nieopodal szafę na której stało wiadro (około 3kg) odżywki dla sportowców (to samo, z którego łyżeczkę proszku do "cudownego wywaru" wsypał Naukowiec), które jak na złość wpadło do kotła z "Elvis-eliksirem"! Na domiar złego zdezorientowany chłopak słysząc plusk aż podskoczył ze strachu - z rąk wypadła mu fikuśna gazetka (no cóż, długo się nie nacieszył…), a z uszu zsunęły się słuchawki. Wszystko: kaseta "Black Sabbath" (podobno - jak twierdził później chłopak - na stronie "B" dodatkowo dograne było kilka utworów "The Doors", ale to już niestety informacja nie do zweryfikowania), odtwarzacz i gazetka powędrowały do kotła…

Wystraszony (i trochę niezadowolony - chociaż ciężko powiedzieć czy bardziej z powodu utraty pisemka, czy też ulubionej kasety) chłopak czym prędzej czmychnął z pracowni. Nie miał ochoty słuchać narzekań ojca (chociaż to taka poczciwina - muchy by nie skrzywdził, a co dopiero jedynego, ukochanego syna), postanowił więc zataić swoją "przygodę". I tak uważał, że ojcowskie wynalazki i mikstury to zwykłe bzdety i strata czasu, więc beztrosko uznał, że na pewno nic złego się nie stało.

Po dwóch godzinach Naukowca zbudziło pukanie do drzwi. To stary poczciwy John wpadł na seans "spirytystyczny" (jeśli wiecie o co chodzi…). Uradowany geniusz szybko zwlókł się z posłania i zbiegł na dół. "Wywar powinien już być gotowy. Już wkrótce nastąpi WIELKA chwila!" - pomyślał. Czym prędzej wbiegł do pracowni, złapał za czerpak, nalał pełen kubek napoju (uwagę Naukowca zdziwiło niespodziewane ciemne zabarwienie mikstury, ale szybko wytłumaczył to sobie faktem sztucznego światła, które oświetlało pozbawioną okien pracownię) i popędził do drzwi. Zaprosiwszy przyjaciela do salonu wziął od niego błyszczącą butelkę Whisky tłumacząc się potrzebą schłodzenia "nektaru Bogów". Jednocześnie zaproponował koledze coś specjalnego - kubek nowego wynalazku: cudownego środka zapobiegającego pojawieniu się kaca na drugi dzień po "alkoholowej nocy" (a tak właśnie zapowiadał się - jak co tydzień zresztą - najbliższy wieczór). Niczego niepodejrzewający nieszczęśnik ochoczo wychłeptał miksturę. W końcu na drugi dzień musiał iść do pracy, więc ból głowy był wysoce niepożądany…

Minuty, które nastąpiły po spożyciu przez Johna eliksiru zdawały się naszemu bohaterowi najdłuższymi w życiu. Nie mogąc się doczekać efektów zaczął marzyć - w jego głowie pojawiła się wizja, w której on i Elvis oddają się radosnemu karakoke w przytulnym zaciszu pracowni. "Marzenia się spełniają" - pomyślał Naukowiec.

Ale akurat to marzenie nie miało żadnych szans na spełnienie. Jakże ogromne było zdziwienie geniusza, kiedy po niedyskretnej transformacji (nastąpiło coś na kształt mikro-reakcji łańcuchowej, co - jak nietrudno się domyślić - najdolegliwiej "odczuły" szyby w oknach mieszkania Naukowca) spowodowanej działaniem mikstury jego oczom - zamiast upragnionego Elvisa Presleya - ukazał się …

Jak nietrudno się domyślić, tamtego feralnego dnia Naukowiec w pierwszej chwili nie miał prawa wiedzieć, co właśnie stworzył - zwłaszcza, że nie posiadał żadnych informacji na temat "drobnego" incydentu nad kotłem z udziałem jego latorośli. Tym bardziej nie mógł więc spodziewać się, że coś mogłoby "pójść nie tak". Jednak po krótkiej kontemplacji tajemniczego zjawiska szybko zorientował się, że ma do czynienia z dziełem absolutnie wybitnym - długowłosy, umięśniony osobnik, który ukazał się oczom Naukowca aż rwał się do śpiewania i - co najważniejsze - wychodziło mu to nad wyraz dobrze (chociaż nieco inaczej niż nasz geniusz się spodziewał)! Naukowiec szybko zdał sobie sprawę z faktu, że nie może zatrzymać na własność tego "cudu", jak pierwotnie zamierzał zrobić to z Elvisem (tym bardziej, że okraszony ciałem o imponującej rzeźbie osobnik nie sprawiał wrażenia potulnego, posłusznego baranka, który da się łatwo "uziemić"). W śpiewie (ale również w niebanalnej fizyczności) niedoszłego Elvisa było coś tak niesamowicie ujmującego, że nasz bohater nie miał już żadnych wątpliwości: świat zasługiwał na to, aby również doświadczyć tego niezwykłego zjawiska, które naprędce ochrzcił (na cześć imienia swojego dziadka - również wybitnego uczonego, oraz nazwy słowiańskiej miejscowości, w której został poczęty jego syn) mianem: GLENN DANZIG!

***
DANZIG momentalnie rozpoczął wielką karierę na całym świecie. Przyciągał tłumy - niewiasty płakały ze wzruszenia (i podniecenia jednocześnie) podczas każdego z jego występów, wpatrzeni w nowego idola mężczyźni jak w transie rezerwowali ostatnie karnety na siłownię - wszystko po to, żeby upodobnić się do swego "bożyszcza". Świat ogarnęła totalna Danzigomania!

Stwórca zyskującej coraz większą sławę gwiazdy ze wzruszeniem przyglądał się histerii, która opanowała świat. Wreszcie się udało - wreszcie jego praca miała sens. Po pewnym jednak czasie - a w zasadzie to po ładnych kilku latach od tamtego pamiętnego wieczoru, więc niby nie tak znowu "od razu" - Naukowiec odkrył jednak coś niepokojącego: działanie formuły nie było trwałe! Fakt ten objawiał się najczęściej w sytuacjach, kiedy niezmordowany Glenn zamiast udawać się na zasłużony spoczynek po koncercie jak szalony chwytał za nożyczki i rozpoczynał całonocny "maraton fryzjerski". Potrafił przez osiem godzin non-stop golić głowy wszystkich członków ekipy koncertowej, a kiedy już nie było w pobliżu żadnego współpracownika bez nowej fryzury - zabierał się za strzyżenie kręcących się w pobliżu Groupies! Tak - osobowość fryzjera Johna ("na bazie" którego przecież powstał umięśniony gwiazdor) zaczynała powoli dominować.

Zatroskany Naukowiec miał poważny orzech do zgryzienia - zdążył już przez te lata domyślić się, że z miksturą, którą przygotował tamtego dnia musiało się coś wydarzyć. Nie mając jednak wiedzy na temat niecnego postępku syna (co jak co, ale w jednym chłopak był mistrzem - potrafił trzymać język za zębami jak nikt inny) nie pozostało mu nic innego, jak tylko błądzić po omacku podczas tworzenia nowej mikstury. Oj, nie było łatwo… Pierwszy z nowo opracowanych specyfików niestety generował poważne efekty uboczne. Niby Danzig na powrót wyzbył się swoich skłonności fryzjerskich, ale co z tego, skoro poważnie się zmienił. Rzeźba ciała nie była już tak imponująca jak kiedyś, z bujnej czupryny zniknął charakterystyczny, filuterny przedziałek a tworzona przez Glenna muzyka - zmizerniała, stała się jakaś tak inna, "zimna". Media obwołały nowy kierunek muzyczny Danziga "industrialnym", jednak nasz biedny Naukowiec kompletnie nie rozumiał "o co chodzi?" - nie pojmował znaczenie tego terminu, nie pojmował w ogóle nowoczesnej muzyki. W świecie, w którym nie było już miejsca dla Elvisa chciał mieć przynajmniej swojego starego "cudownego Glenna". Co gorsza - jego "dzieło" było dumne ze swojego nowego image’u i swojej nowej twórczości. Oj, nie tak to miało wyglądać!

Jednak nasz niestrudzony Naukowiec postanowił się nie poddawać. Tworzył co raz to nowe specyfiki, którymi karmił nieświadomego Danziga w nadziei, że uda się mu odtworzyć pierwotną formę muzyka. Niestety - z różnym skutkiem. Raz lepiej, raz gorzej - jednak nigdy tak, jak w przeszłości. Danzig przez ten czas zdążył zaliczyć kilka poważnych metamorfoz - zbrutalizował i jeszcze bardziej "przyciemnił" brzmienie (po pewnym czasie jednak udało się usunąć tzw. "efekt industrialny", co Naukowiec zaczął poczytywać jako pierwszy, mały sukces na drodze do odzyskania tego, co utracone), przytył i stracił nieco ze swojego aksamitnego głosu.

Po pewnym czasie Naukowiec zaczął jednak tracić wiarę, że nie uda mu się odzyskać oryginalnego, "złotego Glenna" - kolejne kombinacje coraz bardziej zmieniały gwiazdora, coraz bardziej oddalając go od oryginału. Z nadmiaru trosk geniusz zaczął podupadać na zdrowiu, coraz częściej można go było zastać godzinami wpatrującego się markotnym wzrokiem w okno. Wyrodny, ukrywający straszliwą tajemnicę syn oczywiście wiedział, co dzieje się z ojcem (a tym bardziej, co stało się z Glennem), jednak w dalszym ciągu skrywał swój sekret - po prostu bał się, że ojciec po latach tym bardziej może "wybuchnąć", kiedy dowie się prawdy. Przyszedł jednak dzień, kiedy musiał się złamać…

Tego wieczoru syn naszego ulubionego Naukowca wrócił do domu i - jak co dzień - skierował swoje pierwsze kroki do kuchni celem ogołocenia lodówki z najlepszych specjałów (chodziło mu głównie o bekon, ale Lazanią też nie gardził). Jakże ogromne musiało być jego zdziwienie, kiedy ujrzał… kompletnie pijanego ojca leżącego na stole, powtarzającego (a w zasadzie jęczącego) jak Mantrę słowa: "…Glennku, wróć….". A trzeba zaznaczyć, że nasz Naukowiec od ładnych kilkunastu lat (tj. od dnia, w którym jego wierny kompan od kieliszka John przeistoczył się w Glenna) nawet nie wąchał alkoholu - skoro nie miał z kim, po prostu przestał pić. Zresztą przez cały ten czas upajał się samą dumą spowodowaną sukcesami swego "gwiazdora" - wszystkie inne używki stały się po prostu zbędne. Jednak tego dnia wyglądał jakby nigdy nie przestał zaglądać do kieliszka. Ba, sprawiał wrażenie najzwyklejszego alkoholika (współcześnie młodzież preferuje określenie takiego stanu mianem "Co za Chlor…", ale naszemu geniuszowi należy się przecież chociaż odrobina szacunku, prawda?).

Synalek Naukowca stanął jak wryty. Przed oczyma momentalnie przebiegło mu całe jego dotychczasowe życie, wszystkie radosne chwile spędzone z ojcem: pierwszy rowerek skonstruowany przez ojca, huśtawka - również dzieło ojca, pierwsza przejażdżka za kierownicą pojazdu skonstruowanego - a jakże - przez ojca, pierwszy pocałunek z dziewczyną przy asyście wskazówek przekazywanych przez ojca poprzez miniaturową, bezprzewodową słuchawkę wpiętą ucho - również pionierski wynalazek tatusia. Ojciec był wybitną personą, ale przede wszystkim wspaniałym, poczciwym człowiekiem - nie zasługiwał na takie cierpienie. A on - wyrodny syn - stał i patrzył na cień geniusza, który staczał się w otchłań. A wszystko przez ten jeden głupi, niezdarny ruch…

Skruszony chłopak przyznał się do wszystkiego - opowiedział całą historię, łącznie ze wszystkim szczegółami. Musiał ratować ojca. A co na to nasz Naukowiec? Uśmiechnął się, przytulił latorośl do piersi (w tym momencie synek nieco się skrzywił - wydobywający się z ust ojca nieświeży zapach - efekt całodniowego "alko-maratonu" - nieco burzył klimat pojednania ojca z synem) i … zerwawszy się z miejsca czym prędzej pobiegł do pracowni. Informacja na temat brakujących składników podziałała na geniusza niczym sole trzeźwiące - wreszcie mógł dokończyć przerwaną pracę mając pewność co do jej efektów. Tylko skąd u licha w środku nocy wziąć płytę "Black Sabbath"?

Na szczęście tego dnia gwiazdy sprzyjały naszemu bohaterowi - niespodziewanie z pomocą przyszedł mu… sprawca całego zamieszania, czyli "kochany" synek we własnej osobie. Jak strzała pobiegł do kolegi pożyczyć stary, wysłużony egzemplarz płyty (biedny nieszczęśnik, nie dość, że został obudzony w środku nocy, to jeszcze zupełnie nieświadom, że po raz ostatni trzyma w rękach ozdobę swojej kolekcji zdecydował się - nie bez pewnych oporów - wypożyczyć album). Kiedy wszystkie składniki były już na miejscu Naukowiec zabrał się za przyrządzanie wywaru. Tym jednak razem - nauczony poprzednimi doświadczeniami - postanowił przeprowadzić cały proces od początku do końca, bez nieporządnych asystentów (synalek oraz stary, ślepy, ale wciąż dosyć dobrze trzymający się kot mieli kategoryczny zakaz zbliżania się do pracowni aż do rana) i tragicznych w skutkach drzemek. W międzyczasie zatelefonował do Glenna komunikując, że ma mu coś bardzo ważnego do powiedzenia, i że jest to sprawa niecierpiąca zwłoki…

Po kilku godzinach w okolicy dało się słyszeć głośny, pełen niezdrowego entuzjazmu okrzyk radości: "GLEEENNNUŚŚŚŚŚ!!!! WRÓCIŁEEEEEEEEŚŚŚŚŚŚŚŚŚŚŚŚ!!!!!!!!!!!!!!"

***
O tak - "Glennuś" wrócił. Dokładnie taki sam, jakim pamiętaliśmy go z najlepszych czasów wczesnych lat dziewięćdziesiątych. No, może fizycznie "nieco posunięty" w latach (dobra dobra, jeżeli będę tak wyglądał w wieku 55 lat, to z pewnością uznam to za swój największy życiowy sukces), ale za to muzycznie… Po prostu łza kręci się w oku.

To jest cud. Może brzmi to bluźnierczo, ale to jest prawdziwy cud, coś absolutnie niewyobrażalnie niespotykanego, niepowtarzalnego, niepojętego i ogólnie niemożliwego. Tak - płyta "Deth Red Sabaoth", czyli najnowsze, jeszcze świeżutkie dzieło grupy Danizg brzmi, jakby została nagrana na początku lat dziewięćdziesiątych. Brzmi tak, jak powinna w rzeczywistości brzmieć niesławna "piątka" ("Blackacidevil") - żadnych industriali, syntetycznego efekciarstwa. Żadnego thrash-rammsteinowania ("Satan’s Child") czy dark-metalu ("Circle of Snakes"). Żadnych ukłonów w stronę pustej, plastikowej nowoczesności. Tylko czysty, niczym niezmącony, klasyczny i szczery aż do bólu Hard Rock.

Ta płyta to absolutne zaprzeczenie ostatnich piętnastu lat działalności Glenna na rynku muzycznym. To krok wstecz. Ale nie "krok wstecz" w sensie "regres" - to wspaniały powrót do korzeni. To spełnienie marzeń tysięcy (milonów?) miłośników i miłośniczek talentu Hulka Hogana Rock’n’Rolla. To najpiękniejszy muzyczny "powrót" tego roku. A może nawet całej dekady.

Od pierwszej do ostatniej minuty mamy tu do czynienia z pełnokrwistym stylem Danziga znanym z trzech pierwszych płyt. Wszystko - głos wokalisty, brzmienie gitar, charakter i konstrukcja utworów przywodzi na myśl najlepsze, "tłuste" lata w karierze muzyka. To nieprawdopodobne, ale głos Glenna jest teraz tak czyściutki, jakby była to pierwsza płyta debiutującego, chcącego powalić świat na kolana dwudziestolatka, a nie "starego" wyjadacza - nie ma tu ani śladu po stękającym dziadku z płyt numer 6-8. Jest za to moc, siła i prawdziwy, bluesowy głos mistrza.

A co dla nas gitarzystów? Wszystko, co najlepsze. Brzmienie rodem z lat osiemdziesiątych - nasycenie przesteru, barwa - czysta klasyka. No i co najważniejsze - genialna gitara rytmiczna. Riffy brzmią tak, jakby wyszły spod ręki samego Johna Christa. Jest zatem hard-rockowy ogień ("Hammer of the Gods", bujający "Revengefull"), obowiązkowe nawiązania do mistrza Iommiego (ciemny, klasycznie apokaliptyczny riff w środku "Hammer of the Gods", na wskroś sabbathowski "Night Star Hell"), kilka ciekawostek (heavy-metalowy riff w rytmie maidenowskiej "Transylvanii" w soczystym "Pyre of Souls: Seasons of Pain", pyszny blues-rock w "Ju Ju Bone") i prawdziwa niespodzianka - najmocniejszy chyba na płycie (chociaż zupełnie niemetalowy) "Deth Red Moon" z przebojowym refrenem i gitarowym podkładem nieodparcie kojarzącym się z … legendarnym "Mother"(!) - posłuchajcie samego tylko wstępu, to po prostu coś nieprawdopodobnego. Aż dziw bierze, że tak nowocześnie grający muzyk (obsługujący na płycie gitarę Tommy Victor, znany chociażby z modern-metalowego Prong) potrafi wykuć tak wiele dobrych, klasycznych, wręcz "old-schoolowych" riffów.

Żeby nie było za słodko - jest jeden malutki, ale zauważalny mankament. Gitarowe solówki. Niestety - tutaj powrotu do przeszłości nie uświadczymy. Owszem jest ich tutaj całe mnóstwo, można rzec, że wręcz niespodziewanie dużo. Owszem - są bardzo spontaniczne, energetyczne, żywiołowe i niewątpliwe szczerze hard-rockowe. Ale niestety przy tym bardzo "byle jakie". To coś w stylu najszybszych partii Janicka Gersa (tego od brytyjskich dziewic) - dużo ognia i serca, ale w efekcie totalny, nieokiełznany chaos, nieczytelny "misz-masz". No cóż, rytmicznie i brzmieniowo jest po prostu bomba, ale jeśli chodzi o "lead guitar" - Tommy Victor to jednak nie John Christ (który nawiasem mówiąc mógłby wrócić - chociażby gościnnie - bo akurat co do tego, że wciąż jest w bardzo dobrej, "danzigowej" formie nie ma żadnych wątpliwości - dowodem jego ostatnia, genialna płyta solowa). Nie jest to jednak aż tak straszny mankament - ot, po prostu nie wystawimy dziesiątki i tyle. A naprawdę chciałoby się, bo ta płyta - poza partiami gitary solowej - to prawdziwy majstersztyk.

Jeszcze za wcześnie na podsumowania roku. Jeszcze za wcześnie na jakiekolwiek poważne deklaracje. Ale co do tego, że jest to najlepsza płyta rockowa pierwszego półrocza 2010 roku nie mam żadnych wątpliwości.

Michał Czarnocki