Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Fallen Angel’s Dominion

Fallen Angel’s Dominion - Thulcandra

Fallen Angel’s Dominion

Wykonawca:

Thulcandra

5 /10

Steffen Kummerer, lider Thulcandra oraz Obscura, najwyraźniej znalazł swój sposób na muzyczną działalność. Niewątpliwie pomocny w tym jest fakt, że oryginalność nie jest ostatnio w modzie. A przynajmniej zdecydowanie nie jest elementem koniecznym w procesie tworzenia muzy.

Recepta jest prosta - weź jakiś zespół (lub nawet kilka), najlepiej dobrze rozpoznawalny, skopiuj jego patenty, im bardziej dosłownie tym lepiej, skleć wszystko do kupy i - voila! - album gotowy. Jeśli chcesz założyć nowy projekt, za wzór obierz sobie inny band i postępuj jak wyżej. Ilość kombinacji jest w zasadzie nieograniczona, zwłaszcza, jeśli dysponujesz dobrym warsztatem, pozwalającym na zabawy różnymi stylami. Metoda sprawdzona wielokrotnie. Nie dość, że dobrze działa, to jeszcze pozwala uniknąć niepotrzebnego wysiłku i ryzyka, jakie bez wątpienia wiążą się z testowaniem własnych, niepewnych pomysłów. Jak to wygląda w praktyce, widać jak na dłoni na "Cosmogenesis", to jest na drugim albumie Obscura. Tam jednak wiernopoddańcze zapatrzenie w klasyków technicznego death metalu zza oceanu zadziałało nadspodziewanie dobrze. W Thulcandra efekt jest niestety co najmniej dyskusyjny, żeby nie powiedzieć słaby.

Na główne źródło inspiracji Thulcandra wskazuje już sama okładka "Fallen Angel’s Dominion", która momentalnie przywodzi na myśl grafiki zdobiące płyty Dissection. Błękitna tonacja, mroźny klimat, samotna, centralnie umiejscowiona postać kościotrupa. Wystarczy porównać z okładkami "Storm of the Light's Bane" czy przede wszystkim "Live Legacy". Podobne? Nic dziwnego, autorem wszystkich tych coverów jest Necrolord, który tym razem zdołał wspiąć się na wyżyny autoplagiatu. Nie wiem, czy dostał wskazówki od zespołu, wedle których miał nawiązać możliwie najmocniej do szwedzkiej legendy melodyjnego black metalu, czy też taki był po prostu wynik jego skojarzeń po przesłuchaniu materiału. Faktem jest, że Thulcandra pełnymi garściami czerpie z dorobku Dissection i wcale tego nie ukrywa. Co więcej, nawet to podkreśla, umieszczając na krążku cover tychże w postaci "The Somberlain". Wytwórnia w materiałach promocyjnych wspomina także o wpływach Unanimated (i słusznie). Ja momentami wychwytuję tu nawet fluidy charakterystyczne dla starszego Necrophobic, ale to tylko drobiazgi. Generalnie, "Fallen Angel’s Dominion" to nic innego jak tylko tribute to Dissection.  
 
Tak daleko idąca inspiracja jakimkolwiek zespołem sama w sobie nie jest jeszcze niczym złym. Czasem tego rodzaju zabieg wychodzi bardzo dobrze i dostarcza radości niemal równej obcowaniu z muzą oryginału. Thulcandra lokuje się niestety gdzieś w połowie skali, z wyraźną tendencją zniżkową. "Fallen Angel’s Dominion" to album do bólu przeciętny, nie oferujący słuchaczowi absolutnie niczego nowego. Muza wpada jednym uchem i wypada drugim. Mimo niejednej próby, ani razu nie dałem rady wykrzesać z siebie choćby odrobiny zainteresowania tym materiałem. Irytuje bezwstydna wtórność patentów i nachalne kopiowanie wszystkich możliwych rozwiązań charakterystycznych dla melodyjnego szwedzkiego black metalu. To, co w Dissection brzmiało naturalnie i wskazywało na autentyczny talent kompozytorski Nödtveidta, tutaj znamionuje jedynie twórczą niemoc Kummerera. Zapowiadana przez wytwórnię zimowa nawałnica oparta na lodowatych kompozycjach to nic innego jak nudna papka o temperaturze i walorach roztopionych lodów truskawkowych. Nie szukajcie tu również "sieci gwałtownych riffów, podkreślonych przez piekielne blasty i zwieńczonych czarnymi jak noc wokalami". To jedna z podstawowych reguł rządzących kosmosem, czyli im słabsza płyta, tym więcej zachwytów wydawcy. Zupełnie niepotrzebny album.

Szymon Kubicki