Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Strange In Stereo

Strange In Stereo - In The Woods...

Strange In Stereo

Wykonawca:

In The Woods...

10 /10

Tym razem podróż do przeszłości. I nie chodzi tylko o to, że album został wydany nieco ponad dekadę temu. Muzyka zawarta na nim jest uniwersalna i po latach broni się znakomicie. Norwegowie na swych dwóch studyjnych płytach przypomnieli odchodzący w niepamięć muzyczny świat, gdy na płytach można było odnaleźć pełne spectrum emocji. A od emocji aż kipi ten album.

"Strange In Stereo" był trzecim i ostatnim studyjnym albumem Norwegów z Kristiansand. Później ukazał się jeszcze zbiór epek zatytułowany "3x7 On A Pilgrimage", na której prócz własnych kompozycji muzycy zamieścili też covery Jefferson Airplane ("White Rabbit"), Pink Floyd ("Let There Be More Light), King Crimson ("Epitaph") oraz Syda Barretta ("If It’s In You"). Wspominam o tym, by wskazać, gdzie znajdują się korzenie muzyki tworzonej przez In The Woods... Co więcej, Norwegowie mieli swój własny, unikatowy styl. Tymi coverami jedynie złożyli hołd muzykom, którzy ich inspirowali.

Czas wrócić do "Strange In Stereo". Płyta tradycyjnie została nagrana w Jailhouse Studio, gdzie muzycy czuli się jak w domu. Studio wyposażone w analogowy stół pozwalało osiągnąć dokładnie taki sound, na jakim im zależało. Prócz standardowego instrumentarium pojawia się również altówka, sitar, gitara bezprogowa i instrumenty klawiszowe. Wszystko po to, by tu i ówdzie umiejętnie dodać akcenty, które wzbogacają dany fragment utworu, niekiedy - jak w przypadku altówki - pozwalając sesyjnemu muzykowi na improwizację. Efekt znakomity.

Słowo klucz do muzyki In The Woods... to ‘napięcie’. Jest ono wyczuwalne w każdym momencie. Jak cisza przed burzą. Utwory mają otwartą strukturę. Zwykle zaczynają się od pojedynczych dźwięków, które rozwijane są w określone tematy aż do kulminacji, po której opadają. Nie ma tu zbyt wielu ciężkich brzmieniowo fragmentów. Nie ma szybkich partii. Ta muzyka jest raczej jak rzeka, płynie spokojnie, czasem zmuszona pokonać zakręty i wzniesienia. Jest w niej jakaś magia, którą podkreśla niepowtarzalny wokal Jana Kennetha Transetha, a uzupełnia go, jak zwykle, swoją oryginalną barwą Synne Soprana. Teksty są bardzo osobiste i operują poetycką estetyką. “She lives in the attic/a floor in between/my room and the comets/of chaos and dreams/i’m awaiting the crack of dawn/the smell of morning/where the sound of her footsteps/can comfort and cure…You are my cure". Tak kończy się utwór “Generally more worried than married".

In The Woods… stworzyło małe awangardowe arcydzieło, którego słucha się z przyjemnością, jaką można porównać jedynie z książką, która pochłania bez reszty. Szkoda, że zespół jest mało rozpoznawalny wśród młodszych słuchaczy. Gdyby zaczynał teraz, w dobie powszechnego dostępu do internetu, być może ich kariera potoczyłaby się inaczej. Tak byli skazani na odbiorców, którzy sięgali po czasopisma ‘metalowe’, w przeważającej większości trafiając w nieodpowiednie ręce (uszy). Podobnie jednak rzecz miała się z innymi genialnymi norweskimi bandami, jak choćby Beyond Dawn czy The 3rd and the mortal. Tak czy owak In The Woods... pozostawili po sobie piękną spuściznę w postaci nagranych przez siebie płyt.  

Może warto wspomnieć jeszcze o tym, dokąd rozeszli się muzycy In The Woods..., a właściwie wymienić nazwy zespołów, w których się udzielali. Są to m.in.: Green Carnation, Naervaer, Drawn, Stille Opror. Może nazwy niewiele mówiące (za wyjątiem Green Carnation), ale zdecydowanie warto ich poszukać.

Sebastian Urbańczyk