Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Season In Silence

Season In Silence - Sadist

Season In Silence

Wykonawca:

Sadist

8 /10

Sadist powrócił na dobre. Można się tylko cieszyć. Bardzo udany, choć jeszcze dość nieśmiały "powrotny" album z 2007 r. zawierał wyraźne odniesienia do wcześniejszej twórczości. Sygnalizował także powrót na właściwą drogę, po siedmiu latach milczenia wywołanych chłodnym przyjęciem wstydliwie katastrofalnego "Lego".

"Season in Silence" to kolejny krok w tym kierunku, który być może przy okazji otwiera również nowy rozdział w historii zespołu. Zaniepokojonych uspokajam, ów nowy rozdział nie polega na żadnej wolcie stylistycznej (i dobrze, bo przecież to próba podjęcia takich działań doprowadziła do rozpadu zespołu), a tylko na ponownym ułożeniu znanych już elementów, dodaniu kilku nowych i połączeniu tego wszystkiego w prawdziwie interesującą całość. Kapela nie straciła z oczu tego, co zawsze decydowało o jej unikalnym stylu, a jednocześnie wyraźnie okrzepła i potwierdziła, że zdecydowanie ma jeszcze coś do powiedzenia w dziedzinie technicznego metalu. Deal z większą wytwórnią w roli dystrybutora (choć Scarlet raczej nie jest szczytem marzeń) daje nadzieję, że materiał ten trafi do szerszego grona słuchaczy, aniżeli poprzedzający go "Sadist". Poza tym, występy na letnich festiwalach i zapowiedziana trasa koncertowa świadczą, że Włosi ponownie chwytają wiatr w żagle. Zobaczymy, co z tego wyniknie, na pewno w każdym razie "Season in Silence" może im tylko pomóc.

Jednym z najważniejszych osiągnięć Sadist jest łatwo rozpoznawalne i zarazem jedyne w swoim rodzaju brzmienie. Słychać to oczywiście bardzo wyraźnie także na "Season in Silence". Po pierwsze więc charakterystyczne klawisze, będące wizytówką zespołu od pamiętnego debiutu sprzed siedemnastu lat. Bandów używających tego instrumentu jest od pyty, ale żaden nie brzmi tak, jak Sadist. Zresztą, mało który zespół potrafi tak twórczo wykorzystać klawisze, nie zasładzając przy tym kompozycji. Po drugie gitara, czyli połączenie melodii z technicznymi łamańcami i bardzo przestrzennymi solówkami - to drugi element, za który odpowiada lider zespołu Tommy Talamanca. Do tego dochodzi świetnie zrealizowana perkusja. Całość brzmi bardzo czysto i klarownie, ale to nie może dziwić, skoro Tommy zawodowo para się realizacją dźwięku w swoim własnym studio. 

"Season in Silence" to płyta nieco inna niż poprzednia, choć w wielu miejscach rozwija pomysły zawarte na "Sadist". Przede wszystkim, po pierwszych kilku przesłuchaniach odniosłem wrażenie, że jest ona zaskakująco wręcz mocna, masywna, jednorodna i, uwaga, za mało urozmaicona. Wrażenie to znika jednak wraz z kolejnymi odsłuchami, kiedy na wierzch pomału wypływają wszystkie charakterystyczne dla Włochów patenty, wcześniej gdzieś poukrywane. To bardzo dopracowany, przemyślany, misternie skonstruowany materiał. Znakomitych partii klawiszy, solówek, niejednokrotnie wprowadzających nieco liryczny klimat oraz przestrzennych, progresywnych fragmentów jest tu pod dostatkiem. Wszystko w jedynym w swoim rodzaju Sadistowym klimacie, od razu naprowadzającym słuchacza na właściwy trop.

Generalnie więc "Season in Silence" jest mniej oczywisty oraz zdecydowanie zyskuje z czasem. Okazuje się wtedy, że wcale nie tak daleko mu do wcześniejszych materiałów kapeli, nie jest też aż tak ciężki, jak mogłoby się wydawać; na pewno ustępuje na tym polu "Crust". Wrażenie spójności potęguje również oprawa liryczna oraz graficzna (na pierwszy rzut oka raczej infantylna, korespondująca jednak dobrze z tekstami) krążka. Koncept album w zimowych klimatach to bardzo fajna sprawa tym bardziej, że za oknem żar leje się z nieba. Choć z drugiej strony nie spodziewajcie się beztroskiej opowieści o Bałwanku Bouli. Ocena - 8,5.

Szymon Kubicki   

 

Zdaniem Michała Żarskiego:

Ale bałwan. Na okładce oczywiście. Metalowe okładki to z reguły niewarty splunięcia kicz, w przypadku Włochów front płyty jest jednym z gorszych obrazków, jaki w życiu widziałem. A do młodzieniaszków nie należę.

Bałwan ma to do siebie, że gdy nadchodzą ciepłe dni, jego grube, zbite cielsko ulega rozpadowi. Nawet jeśli jest to taki przyjemniaczek, jaki straszy przed domem na okładce "Season in Silence". Podobnie jest z muzyką zawartą na najnowszej płycie Sadist. Pierwsze przesłuchanie zwiastowało nawet interesującą rzecz, szczególnie po poprzednim materiale, wydanym po reaktywacji, który w porównaniu do trzech klasycznych albumów Włochów był raczej dziełkiem przeciętnym. Tu pojawia się więcej charakterystycznych klawiszy, więcej gitarowych solówek, klimatu znanego chociażby z "Above the Light". Tyle pierwszy kontakt. Z kolejnymi ta ciekawa warstwa ulega utlenianiu - bałwan topi się pozostawiając po sobie kałużę brudnej wody.

Są takie płyty i szczerze mówiąc, nie lubię ich. Na początku mile mamią i kuszą, potem po bliższym poznaniu rozczarowują. To tak samo, jak dziewczyna, która po pierwszej randce wydaje się nam być świetnym kompanem do rozmowy, po kolejnych okazuje się być nudną laską, której jedynym tematem do gadki są kodeksy prawnicze. A fuj, a fe, z daleka od takich. Od Sadista również raczej będę trzymał się z daleka, bo okazuje się, że te wszystkie fajerwerki, techniczne zagrywki, służą tylko samozadowoleniu twórców. Nie bawią mnie jazzowe sola grane zaraz po blastach, nie powodują ciarów głębokie growle Trevora skontrastowane z fortepianowymi pasażami następującymi po siłowych core’owych riffach. Jak na metal, muzyka ta ma mało mocy, jest raczej wystudiowanym ciężarem, jak na granie progresywne, czy jazzrockowe, jest za bardzo szkolna. Na pierwszych albumach Włochów to jakoś grało, bo była w tym młodość, teraz panowie zbliżają się do czterdziestki, grają bardzo przeciętną muzykę z pogranicza drugiej i trzeciej ligi, która ani death metalu nie zbuduje, ani awangardy. Szkoda czasu, to nie Pestilence, Sadus, czy Atheist, aby się w to wsłuchiwać. Bałwan się roztopił, wystarczy wziąć mopa i wytrzeć kałużę, ot i cały Sadist z głowy.

Ocena: 4/10
Michał Żarski