Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Lullabies Of Love And Death

Lullabies Of Love And Death - Indigo Tree

Lullabies Of Love And Death

Wykonawca:

Indigo Tree

Gatunek:

Indie rock

9 /10

Redaktor prowadzący pewnie chwyta się za głowę ze zdziwienia o czym to też Grzegorz pisze. Domyślam się, że nie spodziewał się "tego" po mnie (jednego jaskółka wiosny nie czyni - przyp. red.). I bardzo dobrze. Muzyczne horyzonty mam różne, a by uprzedzić falę pytań - ja Indigo Tree po prostu bardzo lubię. Wręcz można powiedzieć, iż w pewnym sensie jestem oczarowany twórczością tego duetu.

Peve Lety oraz Filip Zawada w towarzystwie zaprzyjaźnionych muzyków sprokurowali krążek o bardzo wymownym tytule "Lullabies of love and death", album furtkę do offowych scen tego (i nie tylko tego) kraju. W momencie gdy piszę ten tekst jestem już "świeżo" po występie tego duetu w moim mieście i szczerze przyznaję, że w natłoku dźwięków wylewających się z głośników w trakcie występu okropnego, asłuchalnego projektu Diatribes, to, co zaprezentowało Indigo Tree było dosłownie balsamem dla moich uszu. Niezależnie od tego czy to mały klub, z publicznością dosłownie na wyciągnięcie ręki czy festival w przypadku Indigo Tree widać, słychać i czuć pełnię zaangażowania w to co robią. Nawet gdy grają covery Nirvany lub opcjonalnie Pearl Jam.

Przygoda z Indigo Tree trwa bagatela trzy kwadranse. Czterdzieści pięć minut melancholijnej wędrówki po świecie, którego barwy najlepiej oddaje polska złota jesień. Można by rzec, że spotkanie z Indigo Tree jest ciepłe, barwne, zapadające w pamięć, i co istotne, za każdym razem ciekawsze. Takowe stwierdzenie jest stu procentową prawdą z tą jednak różnicą, że każdorazowo od tej jakże antykomercyjnej muzyki w pełni się uzależniamy, nie mówiąc już o towarzyszącym nam smutku gdy album się kończy. Choć błogi stan w jaki wpada słuchacz w trakcie odsłuchu z reguły powinien być klasyfikowany jako największa zaleta, wcale być nią nie musi. Brakuje mi tu promyka nadziei na lepsze jutro, jak i na prawdziwe szczęście. Nie chcę popadać w stan nostalgii, a przynajmniej nie za każdym razem. Trochę mnie to boli (choć paradoksalnie przyjemnie), że to wszystko jest tutaj takie poukładane, proste, minimalistyczne wręcz, bez udziwnień oraz krzty stricte rockowego szaleństwa.

Wokalnie pierwsza klasa. Brzmieniowo bardzo naturalnie, żywo, analogowo wręcz. Koncept równie dobrze dopasowany do muzyki. Wszystkie wtręty, smaczki, trąbki, uderzenia o pałki, stuknięcią, dudnięcią, piski, jazgoty, odgłosy winyli, pogłosy, przestery - nosz można wymieniać bez liku a wszystko po to by skwitować, że ich użycie miało/ma sens przez co ponownie można wystawić dwóm miłym panom gromkie propsy. Sypać nazwami, odnośnikami dzięki którym łatwiej Wam będzie przekonać się do Indigo Tree nie będę. A czemu? Bo to nasz krajowy projekt, którego nie warto bezczelnie krzyżować z zachodnimi. Nie. Wrocławskie Indigo Tree stało się ostoją muzyki z pograniczu snu i jawy, bajki i życia. Offowym numerem jeden. Przynajmniej na dolnym śląsku, tylko jeszcze przez jakiś czas nim świat ich odkryje. Miała być muzyka do filmu. Jest za to nagrany na setkę krążek, który filmem jest samym w sobie. Obrazy wykreujcie sobie sami. Ścieżka dźwiękowa oraz fabuła czekają.

Grzegorz "Chain" Pindor