Z koncertówkami to jest tak, że tak właściwie to nie wiadomo co o nich napisać. No bo co? Że fajnie grają? Że w studiu wszystko zostało poprawione do perfekcji i brzmi to dokładnie tak jak należy? Że wysunięta do przodu "publiczność" faktycznie daje radę i drze się w niebogłosy, co sprawia "prawdziwe" wrażenie? Że zespół X jest w życiowej formie i pewnie już lepszego gigu nie zagrają?
Ano można. Tylko po co? W przypadku The Acacia Strain słowem klucz do opisania tego materiału będzie żywioł. Wprawdzie przez siedemdziesiąt minut trwania tego koncertu ten żywioł w kilku momentach staje się kompletnie nieobliczalny - doprowadzając również do znużenia, ale co tam. The Acacia Strain w dwudziestu utworach plus intro zawarli taką dawkę agresji i wkurwienia, której niestety, ale Emmure nigdy, ale to przenigdy nie będzie w stanie z siebie wykrzesać. Dla niewtajemniczonych Emmure to zespół z Chicago, który gra niemalże (!) identyczną muzykę jak The Acacia Strain o co panowie wokaliści obu formacji "kłócą" się w od kilku już lat, przy okazji waląc sobie po mordach krzesłami i innymi przedmiotami codziennego użytku. Nie ma to tamto - hardcore jak nic. W każdym bądź razie spór ten ponoć już znalazł swój finał, o czym poczytać sobie możecie w necie. Lektura to zaiste ciekawa i przezabawna. Amerykanie faktycznie do najmądrzejszych nie należą. A jak dodasz do tego dużego misia, wystylizowanego na "rapera", jest nawet taki termin "wiggercore", co to częściej jak mózgu woli używać wytatuowanej, umięśnionej ręki by rozwiązać swój "problem", to robi się z tego istny kabaret.