Kup Magazyn Gitarzysta

Ark - Brendan Perry

Ark

Wykonawca:

Brendan Perry

Gatunek:

Electronic

8 /10

Brendan Perry powraca nareszcie z muzycznego niebytu. Choć to on odpowiedzialny był za zdecydowaną większość kompozycji niezapomnianego Dead Can Dance, "Ark" jest dopiero drugim solowym krążkiem jego autorstwa. Do tego - w co naprawdę trudno uwierzyć - wydany 11 lat po debiucie. Na tym tle Lisa Gerrard, dzięki licznym solowym płytom, kolaboracjom oraz soundtrackom jawi się jako prawdziwy tytan pracy.

W ciągu minionych lat Perry poświęcał swój czas rozmaitym zajęciom, spośród których najważniejszym, z punktu widzenia jego fanów, była niewątpliwie trasa z Dead Can Dance w 2005 roku. Wszystko to, plus brak właściwego wsparcia ze strony 4AD, skutecznie odciągało muzyka od zarejestrowania materiału na nowy album studyjny. Wreszcie jednak coś się ruszyło, Anglik podpisał papiery z nowym labelem, ruszył w trasę i skomponował utwory na "Ark".

Jak zatem brzmi najnowsze dzieło Perry’ego? Przede wszystkim, znajomo i bezpiecznie. O ile, zgodnie z deklaracją jego twórcy, "Eye of the Hunter" był po prostu zbiorem piosenek, odbiegających momentami od twórczości Dead Can Dance, tak "Ark" to naturalna i spójna kontynuacja drogi, którą podążał legendarny duet. Może niekoniecznie rozwijane są tutaj pomysły ze "Spiritchaser", ostatniego studyjnego materiału DCD, brak tu bowiem wyraźniejszych nawiązań do afrykańskich rytmów. Bardziej pasowałby tu okres choćby "Into the Labirynth". Anglik musi pamiętać dość chłodne przyjęcie, z jakim spotkał się jego solowy debiut i (być może) postanowił uniknąć powtórki z przeszłości. A może przyczyna leży całkiem gdzie indziej, faktem jest w każdym razie, że to krążek mocno przesiąknięty duchem wcześniejszej twórczości Perry’ego. W pewnym sensie świadczy to o tym, że wokalista nie chce, bądź nie potrafi uwolnić się od bagażu doświadczeń nabytych w legendarnym zespole. To podobieństwo przesądza i o tym, że klasyczne albumy DCD stają się niejako naturalnym punktem odniesienia przy ocenie "Ark", co może sprawić, że w oczach wielu słuchaczy pozostanie on raczej na straconej pozycji. Jak na ich tle wypada ten materiał i czy właśnie tego oczekiwali fani?

Wydaje się, że tak, choć momentami Perry idzie nieco na łatwiznę. Jestem przekonany, że artysta o talencie kompozytorskim tej skali podobnych kawałków byłby w stanie ’od ręki’ stworzyć kilkanaście. Chwilami trudno w związku z tym oprzeć się wrażeniu, że utwory powstały bez szczególnych przemyśleń; zostały raczej wyjęte z szuflady z pomysłami, a podstawowym kryterium wyboru było podobieństwo do muzycznego dorobku DCD. Nie ma tu kompozycji równie pięknych, jak choćby "Voyage of Bran" z debiutu, nie wspominając o klasykach z czasów współpracy z Lisą. Na tym poziomie "Ark" nie ma szans równać się z wcześniejszą twórczością Anglika, co zresztą tylko potwierdza moją tezę, że prawdziwa wartość DCD brała się z kooperacji obydwu połówek duetu. Działalność solowa Lisy i Brendana nie zbliża się do wspólnie osiągniętego przez nich poziomu. Nie zmienia to faktu, że "Ark" jest albumem bardzo dobrym, który zdecydowanie nie przynosi wstydu twórcy. Na pewno nie można odmówić Perry’emu umiejętności tworzenia wyjątkowej atmosfery, jak też zdolności natychmiastowego zauroczenia słuchacza, pomimo posługiwania się raczej oszczędnymi środkami wyrazu.

W mojej ocenie praktycznie wszystkie kompozycje zawarte na "Ark" spokojnie mogłyby trafić na hipotetyczny, kolejny album Dead Can Dance. Przede wszystkim, myślę tu o "Babylon" i "Crescent", które zresztą zostały skomponowane przez Perry’ego pięć lat temu z okazji wspomnianej wyżej trasy DCD. Także "Utopia" brzmi jak klasyczny Brendanowski evergreen. Pozostałe utwory nie są może tak bardzo oczywiste, ale wciąż jest tam sporo patentów, automatycznie nasuwających skojarzenia z DCD.

Całość brzmi jednak nieco inaczej. Faktem jest, że realizacja albumu może wywołać u odbiorców pewną konsternację. Sporo tu elektroniki, większość żywych instrumentów zastąpiona została przez sample. Chwilami brzmi to wszystko wręcz archaicznie (np. początek "Wintersun" czy "Inferno"), a zarazem zadziwia prostotą, która - mnie na przykład - nie pasuje do muzyka tej klasy. Nie obeszło się również bez pewnych mielizn. Mam tu na myśli przede wszystkim "This Boy", utwór ciekawy wokalnie, ale niestety dość sztampowy w warstwie instrumentalnej, oraz, chyba najsłabszy na płycie "The Devil and the Deep Blue Sea". Dzięki tak szerokiemu zastosowaniu elektroniki materiał jest raczej zimny pod względem muzycznym, przez co współgra z okładką utrzymaną w błękitnych odcieniach. Wyraźnie kontrastuje z tym ciepły, kojący, jedyny w swoim rodzaju głos Brendana. I to on jest tu, rzecz jasna, najważniejszy.

Szymon Kubicki