Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / A Final Storm

A Final Storm - Khoma

A Final Storm

Wykonawca:

Khoma

Gatunek:

Rock

9 /10

Umea musi być potwornie nudnym szwedzkim miasteczkiem. Jedynym zajęciem wydaje się tam być granie muzyki. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć fakt, że w tak niewielkiej mieścinie powstały aż trzy zespoły, które w swojej działce muzycznej są (były) wybitne? Nie ma przecież wątpliwości, że Refused, Meshuggah i Cult of Luna do takich należą.

Ci ostatni muszą się nudzić podwójnie, bo tworzenie nieprzeciętnych materiałów dla COL im nie wystarczało. I tak Fredrik Kihlberg, Johannes Persson i Thomas Hedlund (również The Perishers i Phoenix) zaprosili wokalistę Jana Jamte do współpracy, by powołać do życia Khomę.

Nigdy nie zastanawiałem się, jak brzmieliby goście z Cult of Luna, gdyby nieco złagodzili brzmienie i postanowili nagrywać piosenki. Nim zdążyłem postawić takie pytanie, wspomniana czwórka już miała przygotowaną odpowiedź. Cztery lata temu albumem "The Second Wave" zebrali żniwo w postaci pozytywnych recenzji; teraz wracają po więcej.

Khoma wykonuje bardzo piękną, melancholijną, ale nie dołującą muzykę. Za sprawą Hedlunda jest znakomita w warstwie rytmicznej, a dzięki głównym kompozytorom COL "A Final Storm" okraszona została subtelnymi melodiami i znakomitym klimatem. Właśnie melodie stanowią wielką wartość ich muzyki. Niebanalne, głęboko zapadające w pamięć. Nie są tak oczywiste jak te popowe, ale za to zostają w głowie na dłużej. Wystarczy posłuchać wstępu do "From The Hands Of Sinners" czy znakomitego "The Tide", by przekonać się o sile tego albumu. Podobnie jak na "The Second Wave", tak i na "A Final Storm" znalazł się bardzo wyciszony numer, odstający wyraźnie od reszty, w klimacie przypominający dokonania Islandczyków z Sigur Ros.

Utwory zamknięte zostały w schemacie 'zwrotka-refren', gdzie w czasie zwrotek jest spokojnie, po czym następuje dociśnięcie strun i mocniejsze granie w refrenie. Klimatycznie i muzycznie płyta jest dość różnorodna, na pewno znajdą tu coś dla siebie wielbiciele post-rocka, post-core'a i wszelkiej gitarowej alternatywy.

Osobna uwaga należy się wokaliście. Jan Jamte dysponuje specyficzną barwą głosu. Tych, którzy wychowywali się na metalowych rykach, jego barwa może drażnić, a nawet stać się przeszkodą nie do pokonania. Od razu należy zaznaczyć, że nie ma tu emo-łkania. Jamte dysponuje wysokim, czystym wokalem, który może niekiedy przypominać nieodżałowanego Jeffa Buckleya. Mam nadzieję, że to nie jest finałowa burza w wykonaniu Khomy. Czekam z niecierpliwością na kolejne wydawnictwa.

Sebastian Urbańczyk