Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Gift Horse

Gift Horse - Mose Giganticus

Gift Horse

Wykonawca:

Mose Giganticus

7 /10

Mose Giganticus to kolejny, świeży nabytek Relapse Records. Amerykańska wytwórnia mocno się w ostatnim czasie uaktywniła, zawierając kontrakty z paroma nowymi kapelami. O Howl i Black Tusk pisałem swego czasu w Gitarzyście. Wciąż pozostajemy w Stanach i tym razem odwiedzamy Filadelfię. Mose Giganticus to właściwie one man band. Za wszystkie sznurki pociąga bowiem niejaki Matt Garfield, który dobiera sobie współtowarzyszy tylko do występów na żywo.

Prawdopodobnie Matt korzysta również z pomocy muzyków sesyjnych przy okazji pracy w studio, ale pewności nie mam, bo Relapse prowadzi od pewnego czasu rewolucyjną politykę pt. ’minimum informacji o zespole’, wychodząc najwyraźniej z założenia, że pisanie recenzji dobrze współgra z pracą detektywa - przeczesywacza nieogarnionych zasobów Internetu. A może Relapse ma jakiś deal z Google?

"Gift Horse" to pierwszy album pod skrzydłami nowego labela, ale Mose Giganticus nie jest debiutantem. Nie kryję, że wcześniejszych materiałów nie słyszałem. Szef Matt twierdzi jednak, że najnowszy album jest od nich mocniejszy. I ma rację. Starsze kawałki wrzucone na YouTube pozwalają stwierdzić, że MG grał kiedyś coś w rodzaju dziwacznej mikstury plastikowej elektroniki z lightowym punkiem. Efekt żenujący. Brawa dla speca od wyławiania nowych kapel, że jednak dostrzegł w tym badziewiu jakiś potencjał i uznał, że warto z MG podpisać kontrakt. W każdym razie, w nowej stajni, zespół diametralnie zmienił styl, a "Gift Horse" brzmi na szczęście zdecydowanie inaczej. Może Mose Matt, chcąc zarobić parę punktów u włodarzy Relapse, podjął próbę dostosowania się do profilu wytwórni. Posprawdzał co nieco i tym sposobem trafił na Mastodon.
 
Podobieństwa do sławniejszych Amerykanów są tu słyszalne niemal od pierwszych dźwięków. Zwłaszcza, jeśli chodzi o wokale, partie gitary i, generalnie, melodie. Ba, nawet okładka z koniem może kojarzyć się z coverem zdobiącym "Remission". Trzeba jednak dodać, że są to podobieństwa nieco innego rodzaju niż te, widoczne u sporej rzeszy kopistów Mastodon. Wyraźnie słyszalne, chwilami wręcz łudząco podobne w warstwie melodycznej, ale nie tak nachalne. Wiem, że jest w tym jakaś sprzeczność, ale MG podszedł do tematu na swój sposób; umieścił w tle sporo klawiszy i elektroniki, a nawet użył vocodera. Widać to wyraźnie choćby w "White Horse", gdzie charakterystyczne ’mastodonowate’ patenty odgrywane są częściowo na klawiszach, a użycie vocodera (generalnie, nie trawię tego efektu) nadaje kawałkowi nieco odmiennego wyrazu.

Dociekliwy słuchacz dostrzeże zapewne i inne nawiązania w twórczości Mose Giganticus. Dorzuciłbym tu na przykład Alchemist ("The Great Deceiver"), a nawet Grip Inc. ("Last Resort"). Najbardziej po bandzie jedzie jednak Matt w "The Left Path", w którym ścieżka wokalna jest najzwyczajniej w świecie kalką wokali w "The Talking Horse" Melvins. Podobieństwo jest tak uderzające, że nie może być mowy o przypadku. Nie wiem, czy Matt zapożyczył ten pomysł na serio, czy to tylko puszczanie oka do słuchacza (w końcu i w tytule utworu pojawia się koń), w każdym razie dawno nie spotkałem się z równie dosłownym wykorzystaniem cudzego pomysłu.

Wbrew pozorom jednak "Gift Horse" to naprawdę interesująca płyta. Specyficzna, chwytliwa i przebojowa. Trudno w zasadzie wytłumaczyć w czym rzecz, ale ten materiał ma w sobie coś ujmującego. Być może dzięki licznym zapożyczeniom szybko wpada w ucho, ale w pamięci pozostaje na dłużej. Poza tym, trwa jedynie 29 minut, co dość skutecznie pozwoliło uniknąć słabszych, niepotrzebnych momentów. Niezła robota, choć nie zakładam, że Mose Giganticus zrobi jakąś szczególną furorę.

Szymon Kubicki