Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Don’t Let The Devil In

Don’t Let The Devil In - Les Copeland

Don’t Let The Devil In

Wykonawca:

Les Copeland

Gatunek:

Blues

4 /10

Za bluesem od lat ciągnie się utarty już stereotyp muzyki wygrywanej przez bezzębnych dziadków, którzy całymi dniami przesiadują na obskurnych werandach i wyśpiewują swoje smutki, przygrywając sobie równie smutno na gitarze.

Przez całe dekady rzesze zapaleńców chciały wyprowadzić słuchaczy z tego wrażenia, prezentując tę muzykę w jak najjaśniejszym świetle, dopowiadając coraz wymyślniejsze ideologie do jej sensu. Próżna to robota, bo nagle zjawił się Les Copeland, który z sobie znaną tylko satysfakcją stara się zrazić do bluesa potencjalnych jego fanów.

Inaugurujący album "Don’t Let The Devil In" utwór “That Needing Time" nie zapowiada niczego złego. Ot, całkiem przyjemnie brzmiący akustyczny blues, dopieszczony należytą dynamiką. Ale już następny "Ry Cooder", będący hołdem dla tego artysty, nie nastraja dobrze do dalszego słuchania płyty. Nudny motyw ciągnący się przez trzy minuty sygnalizuje, że to właśnie uczucie znużenia będzie towarzyszyło tym, którzy postanowią dotrwać do końca płyty. Pozbawione werwy zagrywki gitarowe, okraszone smęcącym wokalem ciągną się bezustannie w kolejnych kompozycjach. Prawdziwą katorgę dla uszu stanowią jednak utwory, gdzie Lesa Copelanda wspomaga nestor amerykańskiego bluesa, 95-letni David "Honeyboy" Edwards. "Honeyboy" aż dwukrotnie na płycie postanawia uraczyć słuchaczy swoją  obecnością, grając pozbawione sensu zagrywki na rozstrojonej gitarze. Innym razem znowu Les Copeland porywa się z motyką na słońce, gdy próbuje stworzyć kompozycje w stylistyce cygańskiego jazzu. Nagrany wcześniej podkład rytmicznej gitary akustycznej jest tu okraszony spazmatycznie wygrywanymi melodiami również na akustyku. Choć można dać plus za urozmaicenie albumu, zalanego falą podobnie brzmiących i podobnie wymęczonych kawałków.

Tym, którzy przesłuchają do końca "Don’t Let The Devil In" i wcześniej nie wpadną w depresję, należy się medal za wytrwałość. To samo odznaczenie można by również nadać Lesowi Copelandowi, który od lat niestrudzenie zamęcza słuchaczy swoimi niemrawymi kompozycjami. Teraz postanowił to wydać w formie albumu, który śmiało mógłby sobie darować.

Kuba Chmiel