Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / One Year Later

One Year Later - The Carrier

One Year Later

Wykonawca:

The Carrier

10 /10

Ta płyta to mistrzostwo świata. Zastanawiam się, kiedy ostatnio słyszałem tak dobry debiut. Zaznaczę, że nie jest to świeża płyta, bowiem ma już 3 lata. The Carrier krążkiem "One year later" postawili sobie poprzeczkę wysoko i ciężko im będzie ją pokonać.

Wydana nieco później epka "No Love Can Save Me" wskazuje, że nie zamierzają łatwo się poddać i idą w dobrym kierunku.

Reprezentanci stanu Massachusetts nagrali niedługą płytę, kipiącą od emocji. Płytę, nad którą unosi się nastrój melancholii, a wszystko to zaklęte w brudnych hardcorowo-punkowych dźwiękach. Nie ma tu kalkulacji, nie ma fajerwerków brzmieniowych, nie ma czarowania efektami studyjnymi, jest prosto, melodyjnie, szczerze. Obecnie ciężko jest trafić na taki album. Muzycy, prześcigając się w wymyślaniu coraz bardziej skomplikowanych zagrywek, w poszukiwaniu różnych możliwości studyjnych, jednocześnie zatracili gdzieś ducha muzyki. Zapomnieli, że ma ona oddziaływać na emocje, a nie tylko uwodzić kunsztem wykonania. Na "One Year Later" też każdy dźwięk ma swoje miejsce, nie jest to na pewno muzyka tworzona przez amatorów, a jednak brzmi bardzo spontanicznie i świeżo. Niewiele płyt słyszałem nagranych w tym stylu. "We’ll Always Have The Memories" In Remembrance, "Heartland" Meleeh, "Aggression" Verse czy "Witness" Modern Life is War. The Carrier, ze swoim albumem, stoją w tym samym szeregu.

Brudne, ale czytelne brzmienie uderza w słuchacza od samego początku, chwyta i nie pozwala się uwolnić. Zmiany tempa nie pozwalają się nudzić. Mamy szybkie kompozycje, czasem d-beatową petardę, innym razem jest wolniej, spokojniej, a cały czas nad płytą unosi się nastrój melancholii i smutku.

Zaczyna się właśnie w taki sposób. Niespiesznie zagrane intro, które przechodzi w pierwszy numer "Wasted". Takiego początku nie można zapomnieć. Zaczyna się od wykrzykiwanego tekstu "I will not wait for you / no i’ll never wait for you / to be the person you promised to be" i wraz z tymi słowami nadchodzi dźwiękowy huragan. Wokal Anthony’ego Traniello świetnie komponuje się z zawartością muzyczno-liryczną. Jest rozkrzyczany, czasem prawie histeryczny, ale ani na chwilę nie męczy czy drażni. Osobiste teksty dopełniają całości. I kiedy tak się wydziera, wykrzykując kolejne linijki tekstu, na przykład do "Alcatraz", który kończy się słowami "I mean every word that i spit... it comes from the pain insi de / I feel it all the time… I want to see better days / I want to see a hope in things. I want to see a different way to make the pain go away", brzmi autentycznie, wierzymy mu. Nie mamy do czynienia z wypielęgnowanymi chłopcami, w modnych fryzurach strojących groźne miny z okładek magazynów. To nie jest historia w stylu "ja cię kocham, a ty śpisz". Czuć w tym wszystkim szczerość. Przede wszystkim dlatego, że to bardzo osobiste. Przekładając na język ‘filmowy’, nie znajdziecie tu Magdy M, M jak miłość czy czegoś w tym stylu. To jest bardziej jak "Fish Tank" czy "Lymelife". To życie.

The Carrier muzycznie idą we właściwym kierunku, słychać w ich inspiracji echa twórczości Shai Hulud, ale już ich ostatnie (jak dotąd) wydawnictwo "No Love Can Save Me" pokazuje, że wciąż mogą się rozwijać, mają kierunek, w którym mogą się jeszcze udać. Do tego nadal są w stanie nagrywać świetne utwory. Trzeba zaznaczyć, że wszystkie numery są bardzo melodyjne. Bez względu na to, czy grają szybko, czy wolno, cały czas słychać dobre melodie. I to, plus masa pomysłów i mnóstwo emocji, stanowi największy kapitał zespołu.

Sebastian Urbańczyk