Kup Magazyn Gitarzysta

Excess - Coma

Excess

Wykonawca:

Coma

Gatunek:

Post-grunge

8 /10

No i stało się! Nie dość, że rozkradli nam kraj (tajemniczy "ONI" = grupa trzymająca władzę), sprywatyzowali i wyprzedali wszystko, co się da: stocznie, banki, kamienice, cukrownie i Joannę Krupę (z Alicją Bachledą-Curuś na dokładkę), to jeszcze wygląda na to, że szykują nam kolejny zamach stanu. Tak, tak moi Drodzy - Michał Wardzała z "holdingu" Mystic Prod. jest już po słowie z "zagranicznym kapitałem" i chce sprzedać ostatnią ostoję polskości - NASZĄ COMĘ!

Pomijając teorie spiskowe i dumę, jaką napawa nasz naród muzyka Comy - ostatniego obok Oscypka polskiego symbolu nieskażonego wpływem zepsutego zachodu - trzeba przyznać, że w tym kraju osiągnęli już wszystko, co było do osiągnięcia. Sława, kultowy status, kilka nagród festiwalowych, setki wyprzedanych koncertów, fanatyczna sekta fanów i trzy wyśmienite, multiplatynowe płyty - tylko pozazdrościć. Kwestią czasu było zatem przekroczenie przez zespół cienkiej granicy, poza którą nad Wisłą zacznie się im robić zbyt duszno, za ciasno. Zresztą w Polsce SUKCES nie koniecznie oznacza DUŻE PIENIĄDZE. Nasłuchawszy się więc opowieści Nergala o kokosach, jakich można się rzekomo dorobić za oceanem wzięli się chłopaki do roboty, naprędce sklecili płytę "Inglisz Friendly" i już szykują się do ataku na Billboard i wypchane dolarami i "ojro" portfele Jankesów i reszty świata.

Roguc po angielsku? Nie jest źle. Faktycznie trochę nie wyraźnie śpiewa w mniej ekspresyjnych fragmentach (na początku "Excess", czyli po naszemu "Woli istnienia" to ja tylko stękanie słyszę...), ale gdy w "Trasfusion" pokazuje pełnię mocy i wyraźnie słychać tekst mijają wszelkie wątpliwości - z takim gardłem my tu w Polsce naprawdę nie mamy się czego wstydzić. Inna sprawa, że na początku ciężko się przyzwyczaić do angielskich wersji dobrze znanych kawałków, niektóre "tłumaczenia" są co najmniej nietrafione ("Silence and Fire, everlasting desire" - hmmm…), ale po pięciu przesłuchaniach wątpliwości znikają, a Roguc objawia się jako wytrawny lingwista;). Zresztą po angielsku wszystko brzmi dobrze, można śpiewać o pasących się krówkach i bolących zębach i nikomu to nie przeszkadza. Przynajmniej odczepią się od Roguca, że niby grafoman...

Młodzież zagraniczna oszaleje. Jeśli w ogóle kiedykolwiek usłyszy tą płytę... Bo to, że "Excess" jest dobrą płytą nie budzi żadnych wątpliwości. W końcu to "Hipertrofia", tyle że przetłumaczona (no prawie) na angielski. A ponieważ "Hipertrofia" dobrą płytą była ("9/10" wg. Gitarzysty chyba wciąż pozostaje aktualne, nie?), więc "Excess" siłą rzeczy też musi być dobry, zwłaszcza że trzy zamieszczone dodatki ujmy mu nie przymuszą - to typowa, wysoka średnia Comy. A i cover hip-hopowego "Fuck the Police" pozostawia pozytywne wrażenie (na koncertach wypada jeszcze lepiej). A co, niech tam za oceanem wiedzą, że Polacy to nie panienki i huknąć z grubej rury potrafią.

Z drugiej jednak strony, dla oddanego fana, zaznaczmy fana z Polski, płyta ta nie będzie mieć wielkiej wartości. Ot, po prostu okrojona "Hipertrofia" z trzema "nowymi" utworami (w tym jeden - całkiem niezły - cover i jeden po latach nagrany "staroć") i Rogucem udającym, że śpiewa po angielsku. Tylko, że to przecież wciąż jest Coma. Nie sposób więc powiedzieć, że to słaba płyta, bo praktycznie nic tutaj nowego. W końcu to nie jest płyta dla Nas, tylko dla Nich (EU, USA i reszta). A powiedzieć, że słaba, to tak jakby przekreślić "Hipertrofię" - a akurat z bogatego, dwupłytowego zestawu wybrano to, co najlepsze.

Ale tym razem mimo wszystko 9/10 nie będzie. Nie za muzykę, ale za marketing. Bo jakoś przeczuwam, że ta płyta sukcesu za granicą nie odniesie. W skuteczną promocję nie wierzę (patrz zagraniczne przygody wydawnicze Kata, Acidów, Huntera, etc. - Behemoth to tylko wyjątek potwierdzający regułę), a dochodzi do tego jeszcze jedna rzecz - dobór utworów. Chłopcy dysponują po prostu lepszymi kawałkami ("Leszek Żukowski", "Spadam", "Zaprzepaszczone siły..."), no ale gdyby skorzystali ze starszych rzeczy, to by znaczyło, że "Hipetrofia" nie była najwybitniejszym dziełem zespołu. A przecież żaden "rodzic" nie mówi źle o swoim najmłodszym dziecku.

Jedno jest pewne. Należy im się ten sukces. A jak go nie będzie - i tak mi się niestety wydaje - to też będzie dobrze. Przynajmniej nie zabierze nam wielki świat tego naszego skarbu. I zamiast tarabanić się do Glasgow, NY, LA, Moscow czy Berlina dalej będziemy mogli oglądać Comę w Naszym mieście.

Michał Czarnocki

 

Zdaniem redaktora prowadzącego:

Łzy cisną się do oczu, gdy słucham "Turn Back The River". W końcu pamiętam jakby to było wczoraj (choć minęły całe wieki): koncerty dla ułamka dzisiejszej publiczności Comy i rejestrowanie tego kawałka w trakcie występu na zdezolowanym dyktafonie, by później móc odtwarzać go w kółko w domowym zaciszu. A były to czasy gdy kontrakt płytowy łódzki zespół miał tylko w marzeniach. Pozostałe utwory na "Excessie" to próba podobna do tej najbardziej przez wszystkich kojarzonej, czyli "Korovy" Myslovitz. Słucha się tego trochę dziwnie, ale przecież nie dla nas tak naprawdę została nagrana ta płyta. Brakuje tu oczywiście piosenek z poprzednich albumów zespołu, choćby osławionego "Leszka", ale "Struggle" ("Zero Osiem Wojna"), "Eckhart" czy "Poisonous Plants" nie można bardzo wiele zarzucić, gdy myśli się o tym jaki był zamysł powstania "Excess". Najbardziej piosenkowy język świata nie może sprostać jednak tekstom Comy, na których łatwo sobie połamać język, przez co oryginalnie angielski "Turn Back The River" zdaje się wypadać najlepiej biorąc pod uwagę łączność między lirykami a muzyką. Mimo wszystko ocenę tego wydawnictwa pozostawiamy zachodnim kolegom i koleżankom, bo ja nawet przy dziesiątym odsłuchu "Excess" mimowolnie zaczynałem śpiewać "Ktoś mnie obarczył jarzmem win..." w naszym rodzimym języku i odzwyczaić się ani nabrać dystansu do "hipertroficznych" wersji nie mogę. Dla Polaków będzie to raczej ciekawostka niż kolejny regularny album najlepszego obecnie zespołu rockowego na naszej scenie.

Ocena: brak
M. Kubicki