Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / 7th Symphony

7th Symphony - Apocalyptica

7th Symphony

Wykonawca:

Apocalyptica

8 /10

Kiedyś świat był zdecydowanie prostszy. Metal oznaczał Iron Maiden, Slayera, czy Sepulturę. Wszystko było w miarę jasne i klarowne. Należało mieć na składzie przynajmniej jednego szarpidruta, basistę, perkusistę i jakiegoś wyjca. Zestaw sprawdzał się przez lata i był popularny niczym Big Mac. Aż pojawili się panowie z Apocalyptiki i wszystkie założenia szlag trafił.

"7th Symphony" zapowiadane jako równie ciężkie co "Cult" pojawiło się w końcu na półkach sklepów muzycznych. Z niekłamaną ciekawością, uzbrojona w słuchawki zasiadłam do przesłuchania. Pierwszy utwór "At the Gates of Manala" subtelnie wprowadza nas w klimat całej płyty. Welcome to the nightmare! Ta płyta zdecydowanie optymistyczna nie jest. Mrok, ciemność i wiolonczela! Nieco niespokojne dźwięki, pomrukiwania wiolonczeli, oraz całkiem zgrabne przejścia na perkusji nie dają odczuć, iż utwór trwa ponad siedem minut. Na krążku znajdziemy  10 bardzo dobrych, przemyślanych kompozycji. Z czego 4 zostały nagrane z udziałem wokalistów (sztuk trzy) i jeden pani wokalistki. Gavina Rossdale’a nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Wokalista i gitarzysta Bush występujący gościnnie w "End of me"  może zawstydzić niejednego wokalistę. Czysty wokal, piękna barwa głosu, dopasowanie się do utworu… Kawałek ten dostał również w prezencie całkiem niezły tekst. Wszystko brzmi naprawdę dobrze i szybko wpada w ucho (trochę gorzej z wypadaniem).

Ktoś mądry powiedział kiedyś, że wszystkie piosenki są o miłości. Co prawda, w kilku przypadkach chętnie bym się pokłóciła, ale tutaj ten schemat pasuje. Jest miłość, jest nieszczęście i spychologia stosowana (kto zawinił, kto komu połamał jakiś organ). Tyle, że o tym wszystkim można napisać na przynajmniej miliard sposobów. Chociaż niestety kilka z nich powinno dla dobra społecznego zostać pominiętych. Nie będę wytykać palcami, ale następny utwór na liście "Not Strong Enough" powinien zaliczyć się tekstowo do tej drugiej kategorii. Jest miałko, nudno, przewidywalnie i cały tekst przypomina jakąś mocno depresyjną pościelówę. Nic, tylko zakopać się pod kołdrę i wyć do księżyca!  Sam kawałek uważam za najgorszy na "7th Symphony". Brakuje mu pazura, zadziorności i mrocznego klimatu pozostałych.

Sytuację wokalną ratuje chociażby świetna Lacey Mosley. Ta pani fascynuje mnie od czasu pierwszego usłyszenia Flyleaf. Jak w takiej małej, drobnej istotce mieści się TAKI głos?! A przy okazji dama ta jest fantastycznym zaprzeczeniem stwierdzenia "woman can’t rock". Lacey, niewiele wyższa od samej wiolonczeli potrafi wykrzyczeć co leży jej na wątrobie, chociaż robi to zdecydowanie subtelniej niż w swojej kapeli. Jej głos został nałożony na kilka ścieżek, co daje ciekawy efekt. Chociaż wokalistka nie ma idealnej dykcji, mimo wszystko udało się uniknąć chaosu i kompletnego bełkotu. Tak czy siak z całym szacunkiem dla tej pani, Joe Duplantiera i tego co nawyczyniał w "Bring Them To Light" nie przebije. Ten kawałek uważam za najlepszy na liście. I wokal i wiolonczela i perkusja i wszystkie inne składniki tworzą potrawę diabelnie ciężką, ale cholernie apetyczną. Opierać się nie warto, uciekać też nie ma po co.  W diabelskiej edycji "Idola" (a może raczej "hell’s kitchen"?) ta kompozycja dostała by z całą pewnością najwyższą notę. Oczywiście, mam świadomość, że gdyby "Symfonia" zawierała tylko takie utwory, to zapewne wykończyłaby wszystkich nabywców za pomocą chochli do sosu i cholesterolu. Jednakowoż "Bring Them To Light" dystansuje solidnie wszystkie pozostałe utwory i wzmaga apetyt.

Kolejna piosenka, koło której nie da rady przejść obojętnie jest "2010". Niech 2012 i wszystkie dzikie przepowiednie się schowają. Wujek Lombardo wam powróży i gwarantuję, iż będziecie zachwyceni! Ta legenda metalu nadaje swoją grą niesamowitą dynamikę w utworze. Stylu jego gry nie da rady podrobić, myślę, że każdy kto chociaż raz przesłuchał całą płytę Slayera będzie w stanie rozpoznać tego perkusistę. Nie umniejszam oczywiście talentu samego Mikko, ale jak wiadomo, z legendą i faktami ciężko dyskutować. Okazuje się całkiem nagle, iż nawet tekst staje się obligatoryjny. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że gdyby dorzucono go do tego utworu, to zrobiono by mu gorzej. Sama muzyka wystarczy do delektowania się i pełnej radości.

Całą płytę odbieram jako w miarę spójną, ciekawą i intrygującą całość. Chwilami jest nierówno, ale myślę, że Polskie drogi mają się jednak gorzej. Widać, iż muzyków cały czas bawi i cieszy to, co robią. Mają pasję, potrafią ją zrealizować. Ten album nie jest kolejną zapchaj dziurą, aby tylko firma fonograficzna nie płakała i fani nie tupali nóżkami. Jest przemyślany i dopracowany. Klimat został utrzymany, jest mrocznie, depresyjnie, pod koniec nawet bardzo melancholijnie, ale na jesienne wieczory sprawdzi się idealnie. Żeby się podobijać, ale i podziwiać kunszt muzyków Apocalyptiki nie trzeba nawet pchać się do Finlandii (chociaż z (litrową) Finlandią zawsze raźniej), wystarczy odwiedzić najbliższy sklep muzyczny.

Czy warto go zakupić? Zdecydowanie tak. Do "7th Symphony" naprawdę się wraca, nie jest to płyta jednorazowa. Cena za wersję ECO (ok. 40zł) nie jest zabójcza, myślę, że można sobie pozwolić na taki wydatek.

Julia Kata

 

Zdaniem redaktora prowadzącego:

Na początku czterech wiolonczelistów nagrywało covery Metalliki. Później zaczęli prezentować nam swoją autorską twórczość i dołączył do nich nie byle jaki, powszechnie znany perkusista z grupy Slayer. Gościnne wokalizy upiększały muzykę Finów, aż pewnego dnia przestały być jednym ze środków na sukces, a stały się celem samym w sobie. Na "7th Symphony" dotyka nas największa fala przeciętnych wokalistów w siedemnastoletniej historii tego zespołu. Jednocześnie wśród gości nawet genialny Joe Duplantier z francuskiej Gojiry nie jest w stanie uchronić przed klęską utworu, w którym się udziela. Przeciętne, nadające się do puszczania w radiu metalowe piosenki, z pewnością spodobają się młodszym odbiorcom, którzy będą żyć w przeświadczeniu, że obcują ze sztuką na wysokim poziomie - połączeniem ich ukochanej muzyki z elementami klasycznymi. Nic bardziej mylnego. Jedyne godne uwagi kompozycje to epicki początek i koniec "7-ej symfonii". Te dwa utwory to jednak tylko fasada, która miernie ukrywa komercyjne zapędy Apocalyptiki. Szkoda, bo przecież zespół ten stał się popularny nie dzięki mediom, a ludziom, którzy docenili jego autentyczność i oryginalność.

Ocena: 4/10

M. Kubicki