Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Live Intrusion

Live Intrusion - Slayer

Live Intrusion

Wykonawca:

Slayer

8 /10

Długo trwało, nim wreszcie American Recordings zdobyła się na rzecz oczywistą, to jest wznowiła "Live Intrusion" na DVD. Premiera tego, pierwszego w historii zespołu, video miała miejsce blisko 15 lat temu, a materiał do tej pory dostępny był wyłącznie na kasecie VHS (no i w sieci, rzecz jasna, więc pewnie niemała grupa fanów miała już okazję go obejrzeć). Jako że magnetowidu nie mam od lat, zaopatrzenie się w srebrny krążek było oczywistością.

Znalazł się tu koncert zarejestrowany w marcu 1995 roku w Mesa Amphitheater w Arizonie, ostatni na trasie, w czasie której Slayer promował wydany rok wcześniej "Divine Intervention". I choćby z tego powodu warto zapoznać się z "Live Intrusion", pod paroma względami jest to bowiem wydawnictwo zupełnie wyjątkowe.

Zanim jednak dobierzemy się do beczki miodu, trzeba przełknąć łyżkę dziegciu. Wytwórnia wykazała się totalnym minimalizmem i idąc po najmniejszej linii oporu zaserwowała nam dokładnie to samo, co znalazło się na wspomnianym VHS. Mimo, że płyta DVD może pomieścić wielokrotnie więcej informacji, umieszczono tu tylko koncert oraz kilka dodatkowych przerywników. W rezultacie całość zamyka się w błyskawicznie upływających 70 minutach. Ktokolwiek oczekiwał czegoś nowego, jakiegokolwiek bonusa, na przykład wywiadu z zespołem wspominającym okoliczności powstania "Live Intrusion", musi obejść się smakiem. Nie mówiąc o tym, że choć w odtwarzaczu kręci się DVD, obraz pod względem jakości zdecydowanie pozostaje w epoce czarnej kasety.

Sam występ natomiast jest po prostu wyborny. Przede wszystkim, warto zwrócić uwagę na setlistę, gdzie obok klasycznego i ogranego na wszystkie możliwe sposoby zestawu hitów, Slayer zaprezentował parę kawałków, które później nie pojawiały się w  koncertowym zestawie. Myślę tu zwłaszcza o kompozycjach z "Divine Intervention", które przy doborze repertuaru na kolejne trasy traktowane były raczej po macoszemu (może poza "Dittohead"). Nie można ich również usłyszeć i zobaczyć na żadnym z pozostałych oficjalnych DVD kapeli. Tymczasem w 1995 roku Amerykanie promowali właśnie ten album, nic zatem dziwnego, że pochodzi z niego aż pięć zagranych tego wieczoru utworów. To znakomity materiał, który, mam wrażenie, nie został do końca doceniony przez fanów. Zamiast nagrać "Seasons in the Abyss Part II", Slayer zaskoczył wielu odbiorców bardzo agresywnym, brutalnym i zwarty krążkiem, zawierającym tracki doskonale sprawdzające się na żywo. Warto zobaczyć, jak brzmią takie pociski jak "Killing Fields", "Divine Intervention", "213" czy "Sex, Murder, Art". Plus "At Dawn They Sleep", niegrany zbyt często w wersji live. Nie można nie wspomnieć też o "Witching Hour" z repertuaru Venom, zagranym z gościnnym udziałem Robba Flynna i Chrisa Kontosa z Machine Head. Podobno to jedyna tego rodzaju kolaboracja w historii Slayer, nie mówiąc o wykonywaniu przez zespół coverów na żywo.
 
To, co szczególnie zwraca uwagę, to znakomita forma kapeli. W gruncie rzeczy nie ma w tym nic zaskakującego, jeśli wziąć pod uwagę, że Amerykanie byli wtedy o 15 lat młodsi. Widać to i słychać, przede wszystkim, jeśli chodzi o możliwości wokalne Toma. Wtedy jeszcze o problemach ze stunami głosowymi nie było mowy. Nie ma w związku z tym opuszczania wersów i innych podobnych kół ratunkowych, choć przykładowo w "Divine Intervention" da się zauważyć, ile wysiłku kosztuje frontmana właściwe wykrzyczenie tekstu. Pozostaje jeszcze perkusja. Rozważania na temat kto lepszy - Lombardo czy Bostaph - zawsze były cokolwiek jałowe. Jedno jest pewne - bębny brzmią tu naprawdę potężnie. Bostaph gra bardzo równo i mocno, i nie da się ukryć, że taki styl idealnie pasuje do muzyki bandu.  

Niestety, podobnie jak na "War at the Warfield" koncert, co parę utworów, przerywany jest rozmaitymi scenkami z życia (czyt. zza kulis). A tego naprawdę bardzo, bardzo nie lubię. Owszem, cały materiał rozpoczyna się od słynnej sceny wycinania logo Slayer na przedramieniu jednego z fanów, na tym jednak niestety kończy się wartość dodatków. Po pierwsze, taka kompozycja DVD istotnie osłabia siłę rażenia kapeli i zupełnie niepotrzebnie przerywa dramaturgię koncertu. Po drugie, wszystkie te wstawki są pospolicie głupie, bezsensowne i sztampowe. Pewnie znajdą się i tacy, których interesować będzie widok muzyków zasypiających w trasie w różnych dziwnych pozach, goła dupa wokalisty wystawiona z okna hotelu, czy inne tym podobne scenki. Mnie w każdym razie raczej z nimi nie po drodze. Nie zabrakło też fragmentów z fanami w roli głównej; Amerykanie dbają o swych wyznawców, zawsze umieszczając ich na koncertowych wydawnictwach. Większość, jak zwykle, wrzeszczy do kamery "Slejaaaaa" i sprawia wrażenie głupszych niż taboret z Ikei. Na szczęście, ujęcia te są bardzo krótkie, dzięki czemu szybko można do nich przywyknąć, a jeszcze szybciej o nich zapomnieć. Zatem - do sklepów marsz.

Szymon Kubicki