Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / A Thousand Suns

A Thousand Suns - Linkin Park

A Thousand Suns

Wykonawca:

Linkin Park

Gatunek:

Pop rock

6 /10

Zagorzałą fanką Linkin Park nie byłam nigdy. Nigdy też nie cieszyłam się z tego bardziej niż teraz. O ile "Minutes To Midnight" mogłoby się okazać drażniącym pstryczkiem w nos, o tyle "A Thousand Suns" byłoby już dla mnie solidnym kopniakiem w tyłek. To nie jest płyta dla fanów zafascynowanych "Hybrid Theory" bądź "Meteorą". To nie jest płyta dla wielbicieli "Somewhere I Belong", "Numb" czy "Faint". Pozostaje liczyć na tych, którzy są na tyle wytrzymali by bez większego kłopotu pokonać odcinek dzielący dwa pierwsze albumy od dwóch ostatnich i na tych, którzy dopiero teraz będą startować - bez oglądania się za siebie.

Słuchając "A Thousand Suns" trudno pozbyć się wrażenia, że panowie z Linkin Park albo zapomnieli, że całkiem nieźle potrafią grać na gitarach, albo zbytnio pokochali syntezator. Najnowszy album mocno przesiąknięty jest elektroniką i hip-hopem. Brakuje tu mocnego głosu Chestera, brakuje dawnej energii, która tuszowałaby niedoskonałości tej płyty. Jednak muszę przyznać, że to właśnie wokal i pozostałości muzycznej ekspresji, jakie Chester ocalił i wykorzystał przy nagrywaniu tego albumu, stanowią jedną z najmocniejszych stron "A Thousand Suns". Warstwa muzyczna cierpi od nadmiaru eksperymentów. Zdaje się, że Joseph Hahn dostał tym razem zbyt duże pole do popisu i niezwykle skrupulatnie je wykorzystał.

Jedni powiedzą, że Linkin Park się sprzedało. Inni, że dojrzewając wreszcie znaleźli swoją muzyczną ścieżkę. Ja powiem,  że momentami cholernie ciężko się tego słucha. Większości zawartego na płycie materiału bliżej jest do eksperymentu niż do klasycznego utworu muzycznego. Momentami jest niezwykle melodyjnie, wręcz tanecznie, i zdawać by się mogło, że Linkin Park ma zamiar przebić się ze swoimi utworami aż do samego centrum klubowych parkietów. Z drugiej strony pojawiają się utwory, których kolejne odcinki zdają się być poszatkowane tępym tasakiem i pozszywane w całość przez niezdarną szwaczkę.

Trochę za dużo w tym wszystkim banalnie prostych bitów, niebezpiecznie ocierających się o imprezę techno. Singiel "The Catalyst" promujący "A Thousand Suns" miał w sobie całkiem niezły potencjał, który na wersji albumowej został druzgocząco zmarnowany.  Miłym zaskoczeniem jest fakt, że w zamykającym album utworze "The Messenger" możemy usłyszeć dźwięk gitary akustycznej. Jednak nic nie poradzę na to, że zarówno ten utwór jak i "Iridescent" klimatem przypominają mi bardziej 30 Seconds To Mars aniżeli Linkin Park. Namiastką starych dobrych czasów mogą stać się dla niektórych "Wrectches and Kings" i "Blackout", kiedy to po przesłuchaniu ośmiu wcześniejszych utworów nagle okazuje się, że Bennington nadal potrafi porządnie się wydrzeć a utwory Linkin Park nadal mogą kipieć energią. Jednak skala 2:15 to trochę za mało.

Intro w postaci "The Requiem" wita nas słowami: “God save us everyone/ Will be burn/ Inside the fires of a thousand suns". Przesłuchałam ten album z góry na dół, od lewej do prawej a nawet na ukos, ale do tej pory nie wiem kto tak naprawdę tu spłonie. O ile blask "Tysiąca słońc" raczej kariery Linkin Park nie spali, o tyle może ją solidnie poparzyć. Eksperymenty są ciekawe jeśli pozostawiają trochę miejsca dla korzeni. "A Thousand Suns" wszelkie korzenie wykarczowało do cna.

Olga Kowalska



Zdaniem Grzegorza "Chaina" Pindora:


Nie ukrywam, że niegdyś Linkin Park robiło na mnie całkiem pozytywne wrażenie. Jak byłem nieco młodszy, i zarost był raczej nie tak mocny jak dziś, ale jednak. Zresztą, czy się tego chciało czy też nie - ten zespół był zauważany przez każdego. Haterstwo przemilczam, to, w co ten zespół się przeobraził - już nie.

Bodajże siedem lat temu wyszedł sobie taki o to album "Meteora". Dosłownie i w przenośni można by rzec, że album idealny, perfekcyjnie wpisujący się w nowofalowy ale jednak mainstreamowy kanon. MTV już przy "Hybrid Theory" - debiucie Linkin Park,  zwęszyła niemały biznes. I szkoda, że ten biznes zaczął odgrywać tak ważną rolę. W przeciągu dwóch, no dobra, trzech lat, Linkin Park stało się kurą znoszącą złote jaja, niestety, ku zaskoczeniu zarówno hejtujących jak i zwolenników - kurą, która zaczęła się brzmieniowo odchudzać. "Meteora" była ciężka, koncertowa, po prostu - dawała radę. Jej następczyni, wydana w 2007 roku - "Minutes to midnight" już niekoniecznie. Narzekano, że za dużo czułości, że gdzieś tam ta cała siła, ten rytm i atak po prostu zniknął. I nie było to stwierdzenie fałszywe, bo tak rzeczywiście było z małymi wyjątkami. Zespół po prostu poszedł gdzieś dalej, o jeden krok do przodu niż im podobni. Zmiękczyli muzykę, dodali do tego wszystkiego solidną porcje rocka - w dobrym tego słowa znaczeniu. Rocka przez duże R, ale jednak wciąż podbijającego listy przebojów. Wycieczki nawet nieco na grunt emo (choć liryki były całkiem dobre!) również nie pomogły. Lincz był i będzie. Tak się kończy gdy radykalnie zmienia się styl. Ale czy to rzeczywiście coś złego?

Nie. Oderwać się od arcykrzywdzącej łatki jaką jest nu-metal na rzecz szeroko pojmowanego rocka - i to w dodatku na wysokim poziomie wykonawczym jak i brzmieniowym to według mnie doskonały progres. Zatem jak określić nową propozycję zespołu Mike'a Shinody? Czym zatem jest "A thousand suns"? Według mnie czymś czego do tej pory u nich nie było. To nie kontynuacja stylu z "Minutes to midnight", to coś wykraczającego poza tamten materiał. Muzyka, inna, a nawet dosyć złożona. W sumie nie chciałem tego pisać, ale gdy patrzy się na Linkin Park przez pryzmat poprzednich dokonań - jest to muzyka trudna w odbiorze. Problem z jej recepcją pojawia się głównie dzięki nagromadzeniu elektroniki, sampli, mało rockowych rozwiązań rytmicznych, sporej dawki hip-hopu (jest nawet dubstep w "Blackout") i braku tego co najważniejsze - rasowego czadu. Gitary są, gdzieś tam od czasu do czasu pograją, bas podobnie, a bębny - zaprogramowane. Wygląda to tak jakby w studiu siedzieli wyłącznie obaj wokaliści... Którzy nomen omen są najjaśniejszym punktem całego wydawnictwa. Szczególnie dobrze wypadają rapowane partie Shinody. Ma gość flow, typowo amerykański ale ma - tego nie można mu odmówić. Na wokale również nałożono wszelakiej maści efekty, co w moim odczuciu akurat jest zbędne.

No właśnie. Te wszystkie udziwnienia, melancholijno-psychodeliczny nastrój... cały ten miszmasz jawi mi się jako atak na swoją własną tożsamość. Według Mike'a Shinody w trakcie pisania nowego materiału (rok czasu w studio!) wyczuwali w swych szeregach pewną destrukcję - dlatego też tym albumem chcieli się odrodzić na nowo. Nie wiem czy im się to udało. Boję się też czy Ci, którzy byli z tym zespołem od początku kiedykolwiek przekonają się do tego krążka. Cholera jasna, ja nie wiem nawet czy sam zespół rzeczywiście jest z takiego "dzieła" zadowolony. Bo, jeśli to jest rock, to ja go w takim razie nigdy nie słuchałem. I co mnie dobitnie irytuje na tym albumie, to te wszystkie dziwne, minutowe intra czy to w postaci samplowanych wypowiedzi, jakiś fraz wyedytowanych cyfrowo co przypomina buczenie, a już całkowicie przytłacza mnie zwykła, najprawdziwsza nuda. Kariery w klubach z djskimi setami im nie wróżę. A jakby ktoś chciał się przekonać jak wychodzi im zabawa w stylu Enter Shikari w singlowym "The Catalyst" - niech zrobi to na własną odpowiedzialność. Eksperymenty, eksperymentami, ale bez przesady - gdzie w tym umiar?

Grzegorz "Chain" Pindor
Ocena: 6/10