Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Concealing Fate

Concealing Fate - Tesseract

Concealing Fate

Wykonawca:

Tesseract

9 /10

Brytyjczykom z Tesseract przyglądam się od bodaj trzech lat. Fajny to twór, nie ukrywam, a biorąc pod uwagę fakt, iż w szeregach formacji znajdują się członkowie tak znakomitej grupy jak Sikth z miejsca można było oczekiwać muzyki na wysokim poziomie. W dodatku muzyki nieszablonowej, inteligentnej, i chyba nie dla każdego. A jeśli ktoś nigdy nie słyszał o Sikth, i kompletnie nie wie o jakiej kapeli mowa, to zdecydowanie ominął jeden z najciekawszych zespołów ostatnich lat - przynajmniej na Wyspach Brytyjskich, gdzie również istniało (bo nie wiem czy grają nadal) świetne, i dosyć konkretnie promowane w naszym kraju Biomechanical.

Ale wracając do samego Tesseract. Grupa powstała równe trzy lata temu. Szybciutko wydała demóweczkę, która zabijała brzmieniem, oszałamiała dojrzałością muzyczną - a co najważniejsze, dawała nadzieję na wyborny debiut, który zadowoli wszystkich fanów progresywnego grania. I tak też się stało, bo nadzieje, nie okazały się bezpodstawne, gdyż zarówno członkowie takich znamienitości jak Meshuggah czy Textures wysławiali pod same niebiosa tą demówkę (swoją drogą, niedostępną już w żadnej formie prócz cyfrowej). Nad materiałem (dosłownie) spuszczały się z radości takie magazyny jak Kerrang, Metal Hammer i mniej lub bardziej zapracowani agenci koncertowi. W przeciągu dwóch kolejnych lat Tesseract ugruntowało swą pozycję na alternatywnej scenie, wymieniając przy okazji doskonałego czarnoskórego wokalistę na regularnego Brytyjczyka o białej cerze i równie nieprzeciętnych zdolnościach wokalnych. Czy wyszło im to na dobre nie jestem do końca pewien, wiem jednak, że nadal mają w sobie to coś - czy to z krzykaczem, czy z prawdziwym śpiewakiem.

Po demówce nastał czas na nagranie regularnej, prawdziwej i dostępnej w sprzedaży na całym świecie EP - zatytułowanej "Concealing Fate". Jest to w głównej mierze koncept album w sześciu rozbudowanych odsłonach, opowiadający bardzo osobistą historię, a raczej opis uczuć. Dzięki temu materiałowi, którego właśnie podejmuję się zrecenzować znaleźli się w szeregach (tu: o dziwo) Century Media, która wreszcie zaczyna mieć nosa do debiutantów. Albumik otwiera - a jakże utwór o tytule "Openings", część pierwsza, znana już z demówki, z odrobinę inną linią wokalną, a przede wszystkim z mniej triggerowanym brzmieniem. Mimo, iż na początku średnio mi się ta zmiana podobała (po prostu brakło tego kopa) po n-tym odsłuchu wiem już, że wyszło im to na dobre - nagle czuć w tej muzyce ten flow, tego ducha - niekoniecznie moc i szaleństwo. Osiem minut z Tesseract już na "dzień dobry" stopniowo wprowadza w piękny, nacechowany emocjonalnie i niezwykle barwny nastrój. Pomimo tego, że to metal, śmiało w swych głowach snuć możemy złożone, ale ciepłe wizje. Może nawet coś na kształt uberpopularnej teraz incepcji? Wszystko jednak przybiera kształt wędrówki, kroczenia do przodu, po bezdrożach, ale do jednego ściśle określonego celu jakim jest koniec albumu. W "Openings" warto zwrócić uwagą na wokale Dana Tompkinksa, zwłaszcza na to jak "zaciąga" przy górkach.

Dalej jest niegorzej, a właściwie to nawet lepiej. Krótsze formy autorstwa Tesseract (pozwolę sobie przypomnieć, że NIE TEGO POLSKIEGO), nawet z trwającym półtorej minuty "Anger" to solidna dawka konkretnego djentowego grania, zachwycającego polirytmią (nawet z szybkimi galopami na dwie stopy!), czarującą techniką, niebanalnymi pomysłami, oraz jakby nie było ciężarem. Głupie to, że piszę do gitarzysty, a nie znam się na gitarowych zagrywkach, wiem jednak, że ku mojej uciesze brakuje tutaj super popularnych w metalcore sweepów, jest za to więcej typowego "chug chug", oraz posługiwania się przynajmniej kilkoma skalami jak i harmoniami. Fani Bulb!, Periphery, Meshuggah, An Obscure Signal, Fellsilent (główny kompozytor Tesseract to również jeden z mózgów Fellsilent właśnie - szkoda tylko, że Fellsilent się rozpadło), Textures, poniekąd Hacride, Szwedzkiego Vildhjarta, Born of Osiris, oraz niedocenianego albumu "Ocean Machine: Biomech", autorstwa Devina Townsenda, będą wprost wniebowzięci. Nie mam co do tego absolutnie żadnych wątpliwości.

Czekamy na wiosnę 2011 - wtedy wydadzą pierwszego w karierze "longa". Century Media - dzięki!

Grzegorz "Chain" Pindor