Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Witchkrieg

Witchkrieg - Witchery

Witchkrieg

Wykonawca:

Witchery

8 /10

Witchery to ciekawy przypadek zespołu, który miał (i jak się okazuje, wciąż ma) niemały potencjał i sporo do zaoferowania, a mimo to zawsze traktowany był z przymrużeniem oka. W większym sukcesie nie pomógł mu nawet gwiazdorski skład pod wodzą Patrika Jensena, znanego przede wszystkim z The Haunted, skupiający resztę muzyków Satanic Slaughter (plus całego mnóstwa innych bandów) oraz mistrza czterech strun Sharlee D’Angelo.

Nie na wiele zdały się też dwa pierwsze, udane krążki, bardzo żywiołowe i w najlepszym stylu przebojowe, które jednak nie wywołały większego zamieszania. Później było niestety już tylko słabiej. Choć Szwedom udało się podpisać papiery z Century Media, pierwszy owoc tej współpracy w postaci "Don’t Fear the Reaper" okazał się być materiałem więcej niż rozczarowującym.

Zespół zamilkł na cztery lata, powrócił jednak wreszcie z najnowszym albumem, w nieco przemeblowanym składzie. I już na wstępie muszę stwierdzić, że to najlepszy materiał od czasów "Dead, Hot and Ready" z 1999 roku. To spore zaskoczenie; przyznaję, nie oczekiwałem już od Witchery niczego sensowanego. Tymczasem, kapela złapała drugi oddech i wyzbyła się zadyszki, tak wyraźnie słyszalnej na ostatnich jej płytach. Wystarczyło znów zagrać ostrzej i szybciej, by w połączeniu z talentem Jensena do pisania chwytliwych kawałków, osiągnąć naprawdę zadowalający efekt. Nie wiem, czy zmiana za mikrofonem miała na końcowy rezultat większy wpływ; tym bardziej, że Tony Kampner (w składzie od samego początku) zawsze spisywał się bez zarzutu. Jego miejsce zajął jednak nowy, znany osobnik, co w ogólnym rozrachunku okazało się być trafnym posunięciem. Imię jego Legion. Swego czasu zdzierał gardło w Marduk, teraz doskonale wpasował się w Witchery. Jego agresywny, głęboki wokal dobrze współgra z mocnymi kompozycjami kapeli.

Jensen to utalentowany gitarzysta, więc żaden materiał przez niego nagrany nie może obyć się bez solówek. Tym razem postanowił podzielić się robotą, werbując do gościnnych występów aż pięciu kolegów po fachu. Zazwyczaj podobne kolaboracje nie wpływają znacząco na całość materiału; w większości przypadków spokojnie można by się bez nich obejść. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że rzadko kiedy zaproszeni goście (może za wyjątkiem wokalistów) potrafią wyraźnie zaznaczyć swą obecność. Tu stało się inaczej, udało się bowiem zebrać samą śmietankę wiosłowego rzemiosła, a każdy z muzyków wniósł do "Witchkrieg" cząstkę charakterystycznego dla siebie stylu. Już w otwierającym album utworze tytułowym udziela się sam Kerry King, a jego solówek nie można przecież pomylić z niczym innym. Dalej pojawia się desant ze świty Kinga Diamonda, to jest jego etatowy gitarzysta Andy LaRocque ("From Dead to Worse") oraz Hank Shermann z Mercyful Fate ("The God Who Fell From Earth"). Odcisnęli oni na tych kompozycjach wyraźne piętno, grając w sposób bardzo typowy dla ich macierzystych zespołów. Poza tym, mamy tu panów Holt'a i Altus'a z Exodus, którzy uświetnili "The Reaver" oraz Jim'a Durkin'a, który swego czasu udzielał się w Dark Angel.

Lista imponująca, jednak zaproszeni gitarzyści, mimo tak znanych nazwisk, stanowią tylko atrakcyjny dodatek, który nie ma na celu ratować płyty z uwagi na słabiznę jej kompozycji. "Witchkrieg" sam w sobie to mocny, klasycznie metalowy album, wypełniony soczystym thrash metalem. Sporo tu wyraźnych nawiązań do wcześniejszych dokonań Witchery, ale znajdzie się też trochę nowych patentów. Jest tu wszystko to, co powinna zawierać tego rodzaju płyta: nośne, wpadające w ucho kawałki, świetne, nie pozbawione odpowiedniego pazura melodie oraz doskonały warsztat muzyków. Całość jest dobrze wyprodukowana, może nawet nieco zbyt dobrze. Materiał lśni czystością sali operacyjnej, próżno szukać tu śladów jakiegokolwiek brudu, a po ścianie nie przemknie żaden, choćby mały, karaluch. Równocześnie, zespół ustrzegł się plastikowej sztuczności, choć nie mam złudzeń, że fani oldschoola będą narzekać. "Witchkrieg" nie aspiruje do miana wysokiej sztuki, ale przynosi słuchaczowi sporo satysfakcji. Zaskakująco przyzwoita płyta.

Szymon Kubicki