Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Triumvirate

Triumvirate - Black Anvil

Triumvirate

Wykonawca:

Black Anvil

9 /10

Gdzie się ostatnio nie obejrzę, tam oldschool w natarciu. Kolejnych muzyków ogarnia nagła potrzeba złożenia hołdu starej, klasycznej scenie metalowej, uformowanej w czasach, gdy należało grać prosto i obskurnie, a wszelkie nowinki traktować z buta.

Co ciekawe, na przykładzie recenzowanego krążka widać, że sytuacja ta dotyczy również przedstawicieli nieco innych stylistyk. I tak, cała trójka mężów współtworzących triumwirat grała przede wszystkim w Kill Your Idols, dobrze znanym na hardcore’owo-punkowej scenie Nowego Jorku.

Tymczasem Black Anvil eksploruje zupełnie inne obszary, w które fani hardcore’a raczej się nie zapuszczają. "Triumvirate" to mieszanka black i thrash metalu, w której da się też usłyszeć trochę riffów typowych dla walcującego death metalu. Całość zagrana z punkowym pazurem, chwilami niemal z rockową motoryką. Zresztą, spójrzcie na zdjęcia tych gości - zło i mrok, wyglądają, jakby całe muzyczne życie machali banią dla Szatana.

Na "Triumvirate" zespół z grubsza kontynuuje kierunek obrany na bardzo udanym debiucie sprzed dwóch lat; nie stara się jednak ślepo powielać zaprezentowanych tam patentów. Mam wrażenie, że jeszcze bardziej rozwija blackowe motywy, które jednak doskonale zrównoważone zostały thrashowymi zagrywkami. Sięga także po całkiem nowe pomysły. Pod fasadą surowości kryje się tu niesamowite bogactwo muzyki. Amerykanie nie tylko pełnymi garściami czerpią z przeszłości, ale także uważnie śledzą to, co dzieje się na współczesnym metalowym poletku. Stąd np. w końcówce "What Is Life If Not Now!" pojawiają się rozmyte, przeciągnięte dźwięki gitary, charakterystyczne dla bardziej eksperymentalnego oblicza black metalu. Nie wspominając o krótkich przerywnikach w postaci "Crippling", a zwłaszcza niemal industrialnego "Eliminate". Zresztą, różnego rodzaju smaczki i zaskakujące zagrywki są tu poukrywane niemal wszędzie (np. druga połowa "Scalping" czy "Dead and Left"). Black Anvil równie dobrze czuje się w surowej, prostej i motorycznej jeździe, jak i w czysto blackowych klimatach. Chwilami rozpędzają się stylowo (jak w znakomitym, zamykającym album "With Transparent Blood", w którym jednak znalazło się miejsce i dla zwolnień), a czasem po prostu miarowo przetaczają się po słuchaczu ("Ultimate Reality", w którym motyw przewodni przypomina mi stary Six Feet Under, czy wspomniany już "Dead and Left").

Dawno nie słyszałem tak udanego połączenia tylu stylistyk naraz. Nic tu nie zgrzyta, wszystkie elementy są idealnie zbalansowane. O wielowymiarowości kapeli może świadczyć choćby fakt, że zagrają trasę z Watain, ale będą także supportować Nuclear Assault. Dzielili już scenę m.in. z Destruction, Marduk czy Possessed. Pasują wszędzie, bo ich muza jest niemożliwa do jednoznacznego sklasyfikowania. Tak mógłby brzmieć High on Fire, gdyby grał w lesie, pośrodku strumienia z gitarami podłączonymi do dziupli w drzewie. Zaprawdę, niszczący efekt! Doskonałość materiału wzmacnia znakomite brzmienie. Właśnie tak powinna zostać nagrana płyta tego gatunku. Niesamowicie tłusto, ale i surowo, czytelnie i organicznie, bez najmniejszych śladów sztuczności.   

Słychać, że Black Anvil ma własną tożsamość i pomysł na muzykę, a swoje założenia realizuje z żelazną konsekwencją. Dla mnie to teraz czołówka podobnego grania. Relapse miało nosa, podpisując kontrakt z Nowojorczykami, bo choć takie klimaty raczej nie dominują w profilu wytwórni, recenzowany krążek to niewątpliwa perełka. Chciałbym zobaczyć ich na żywo; jestem pewny, że dla maluczkich nie znają litości. Ogień i zgliszcza. Pełna rekomendacja.

Szymon Kubicki