Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / There Is A Hell, I've Seen It. There Is A Heaven, Let's Keep It A Secret

There Is A Hell, I've Seen It. There Is A Heaven, Let's Keep It A Secret - Bring Me The Horizon

There Is A Hell, I've Seen It. There Is A Heaven, Let's Keep It A Secret

Wykonawca:

Bring Me The Horizon

9 /10

Nie ma co ukrywać, na nowy album Bring Me The Horizon wbrew ogólnemu hejtingowi, czekałem z niemałymi wypiekami na twarzy. Chcąc nie chcąc, czy to scenowicze, czy też nie, a nawet jeśli mają komercyjne zagrywki i taki a nie inny imidż - ja ten zespół po prostu lubię. I to za całokształt - nie za utwór X i Y, ani za mniej lub bardziej kolorowe koszulki.

Nowym krążkiem, o niezwykle długim tytule, a dokładniej: "There Is a Hell, Believe Me I've Seen It. There Is a Heaven, Let's Keep It a Secret", udowadniają, iż nie bez kozery są tak popularni. Nowa pozycja w ich dyskografii to doskonałe rozwinięcie stylu z "Suicide Season", jednego z bezsprzecznie najlepszych albumów ostatnich lat w całym tym deathcore'owo/metalcore'owym światku. Mówię tutaj o rozwinięciu stylu, ponieważ twórczość Bring Me The Horizon coraz bardziej wychodzi poza sztywne ramy współczesnego core'a, kierując się w rejony progresji, nie tylko rockowej, ale również elektronicznej. Oczywiście nie brakuje tutaj solidnych neckbreakerów osadzonych na supersilnym hardcore'owym kręgosłupie - "Fox and The Wolf"', "Anthem", ale w głównej mierze, o dziwo, ten album ma swój niepowtarzalny, bardzo silnie nacechowany emocjonalnie klimat. Doskonałym tego przykładem, a jednocześnie dowodem na zachowanie idealnego balansu pomiędzy brutalnością a (tak!) czułością, są ckliwe, ale za to niezwykle odświeżające kawałki "Don't go" oraz "Blessed With A Curse". Ten pierwszy został okraszony gościnnym udziałem kanadyjki ukrywającej się pod pseudonimem Lights, która swoje trzy grosze dokłada też w moim ulubionym, otwierającym album "Crucify Me", gdzie jej głos ulega modyfikacji przez autotune. Mankamentem jest jedynie ponad trzy minutowy przerywnik w postaci "Memorial", bo ni to pauza, ni to instrumental, w każdym razie coś co nie powinno mieć miejsca na tym albumie.

Pozostając przy gościach, w singlowym, superbrutalnym, połamanym "Fuck", udziela się wokalista You Me At Six, i jak jego macierzystej formacji ze szczerego serce nienawidzę, tan ten fuczuring niszczy obiekty pozostawiając Bring Me The Horizon szerokie pole do popisu w materii czystych wokaliz. Nieistotne czy to krzykacz You Me At Six czy Architects - czyste, śpiewane wokale w muzyce BMTH po prostu muszą być. Innej opcji nie ma i nie będzie. Na krążku udzielaja się też czołowi producenci muzyczni jak Skrillex czy KC BLITZZ, oraz nieco zapomniany już pierwszy wokalista Norma Jean - Josh Scogin. Dla fanów większego pierdolnięcia, spod znaku "Diamonds Arent Forever" z "Suicide Season", mam bardzo dobrą informację. Z pewnoscią chętnie pomachacie baniakiem do "Alligator Blood" oraz równie ciężkiego, osadzonego w głównej mierze w bardzo szybkim tempie "Visions". Ci, których martwi to, że jeszcze niczego nie napisałem o breakdownach niech się nie lękają. Ten element nie uległ redukcji, a wręcz przeciwnie - pomimo stawania się coraz bardziej progressive, solidne breakdowny nadal stanowią niezwykle ważny element składowy dźwięków kwintentu z Sheffield. Nie brakuje też refrenów - sing a longów, stworzonych wręcz do masowego zdzierania gardeł na koncertach. Zresztą, jak ktoś nie wierzy niech sprawdzi video z secret show Bring me the horizon na myspace. Nowy numer "It Never Ends", do którego nakręcono teledysk to najlepszy możliwy rocker, z fenomenalną frazą "I've said it once, i've said it twice, i've said it thousand fucking times...", którą regularnie gawiedź wykrzykuje w niebogłosy. Brzmieniowo również klasa. Mówiąc prosto i lapidarnie. Ale czy można się spodziewać innej opinii, biorąc pod uwagę fakt, iż za całokształt tej produkcji odpowiada nie kto inny jak Fredrik Nordström?

Jasne, że nie!

Grzegorz "Chain" Pindor