Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / First Communion

First Communion - Stoned Jesus

First Communion

Wykonawca:

Stoned Jesus

Gatunek:

Doom metal

8 /10

Trafiłem kiedyś w necie na zabawny generator nazw kapel doomowo-stonerowych. Losowe łączenie wprowadzanych do niego, istniejących już szyldów, dawało czasem naprawdę interesujące efekty. Weźmy np. Cactus Attack, Dinosaur Brother, Elephant Shaman, czy jeden z moich faworytów - Lucifer Mammoth.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że Stoned Jesus to także efekt korzystania z tejże strony. Tymczasem, kapela istnieje naprawdę, powstała w zeszłym roku i właśnie wydała swój udany, debiutancki krążek.

Europa wschodnia, nie wyłączając Polski (choć tu sytuacja zaczyna się powoli zmieniać) nigdy nie kojarzyła mi się z tego rodzaju graniem. A jednak, Stoned Jesus pochodzi z Kijowa, czego naprawdę trudno domyślić się po samym tylko przesłuchaniu "First Communion". Jako że doomowe kapele z tych okolic prezentują zazwyczaj bardziej klimatyczne podejście do tematu, często działają wręcz na styku gotyku i dark metalu, nie powinno dziwić, że rosyjska Solitude Productions wyspecjalizowała się właśnie w tego typu produkcjach. Od czasu do czasu trafiają się w niej jednak rodzynki, które brzmią zupełnie inaczej (choćby opisywany przeze mnie jakiś czasu temu ST:Erik). Takim właśnie wyjątkiem jest również recenzowany album.

"First Communion" to rasowy materiał, który pełnymi garściami czerpie z dorobku zarówno Electric Wizard (pierwsza połowa "Occult" czy "Falling Apart"), jak i Black Sabbath, a także zespołów twórczo rozwijających dokonania tych drugich, jak np. Sahg (w zasadzie, cała pozostała część materiału). Ciężar, psychodelię oraz klasyczne dla gatunku riffy połączono tu w jedną spójną całość. Do tego wokal, którego pierwowzór jest więcej niż oczywisty. Ukraiński Ozzy nazywa się Igor Sidorenko i posługuje się manierą, która momentami do złudzenia przypomina emerytowanego Księcia Ciemności.  Warto zaznaczyć, że Igor nie idzie na łatwiznę, chwilami śpiewa nieco inaczej, udowadniając, że jest wokalistą dość wszechstronnym, a przede wszystkim doskonale predestynowanym do takich a nie innych dźwięków. Instrumentaliści nie pozostają zresztą w tyle, słychać, że czują klimat i poruszają się w nim z zaskakującą jak na debiutantów łatwością. Gdyby Stoned Jesus objawił się na Wyspach, w Stanach czy w Skandynawii, już po "First Communion" zapewne zrobiłoby się o nim głośno (rzecz jasna, w obrębie doomowo-stonerowej niszy).

Prócz krótszego "Red Wine", pozostałe trzy utwory zawarte na płycie przekraczają dziesięć minut. Doomowa norma została więc zachowana. Dłuższe kompozycje rozwijają się według podobnego schematu - wolniejsza i cięższa część pierwsza plus przyspieszenie i zmiana klimatu w dalszej partii utworu. Tak jest i w "Occult", i w "Black Woods", który kończy się doskonałym motywem, niemal żywcem wyjętym z twórczości Black Sabbath. Prawdziwym majstersztykiem jest też wieńczący album, ponad trzynastominutowy "Falling Apart", z długą psychodeliczną partią gitary. Duch Elektrycznego Czarodzieja wiecznie żywy. Mus dla wszystkich fanatyków takich dźwięków.      

Szymon Kubicki