Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Spiral Shadow

Spiral Shadow - Kylesa

Spiral Shadow

Wykonawca:

Kylesa

Gatunek:

Rock

5 /10

Rozczarowania to stały motyw przy nałogowym słuchaniu muzyki. Prędzej czy później każdy (no, prawie każdy) zespół wyłożyć się musi na jakimś albumie, to nieuniknione. Oczywiście, dobrze jest, gdy upadek następuje jak najpóźniej, a najlepiej, gdy stanowi jedynie epizod. Z tym jednak niestety bywa różnie.

Mam świadomość, że to, co dla mnie jest wtopą, inni uznać mogą za przejaw geniuszu. Ryzyko wliczone jest w reguły gry; jedni fani odchodzą, zastępują ich inni. Tak czy siak, przechodząc do sedna sprawy, najnowsze dokonanie Kylesa to rozczarowanie totalne, krążek zdumiewająco wręcz nijaki i słaby. Mimo kilkakrotnego przebrnięcia przez "Spiral Shadow" wciąż nie mam pojęcia, jak to w ogóle możliwe. Moje uszy jednak nie kłamią -  miejsce tej płyty jest na śmietniku.

Oczekiwania miałem spore. Dwa poprzednie materiały bohaterów tej recenzji są przecież  znakomite, a "Static Tensions" umieściłem na szczycie osobistego rankingu premier ubiegłego roku. Po wspomnianym materiale Amerykanie wyraźnie byli na fali. Zagrali mnóstwo koncertów, zyskując znacznie większą rozpoznawalność, a wreszcie podpisali kontrakt z Season of Mist. Wydawałoby się, że pierwszy owoc tej współpracy tylko przypieczętuje tendencję wzrostową i będzie zwiastować świetlaną przyszłość ekipy z Savannah. Coś jednak poszło po drodze bardzo, bardzo nie tak.

Przede wszystkim, od pierwszych dźwięków słychać, że Kylesa gra jakby na pół gwizdka. Ma się wrażenie, że nagle ktoś odciął im prąd i zespół czerpie energię ze zramolałego, ledwie zipiącego agregatu. Cały ten power, moc i świeżość kompletnie wyparowały. Tym sposobem muzycy sami pozbawili się podstawowych atutów (medal z ziemniaka temu, kto usłyszy tu dwa zestawy perkusyjne). Zamiast nich słuchacz otrzymuje mdłe, bezpłciowe piosenki, do bólu rażące dziwaczną bezsilnością i niepojętą niemocą. "Spiral Shadow" brzmi tak, jakby został nagrany przez emerytów, którzy z trudem przypominają sobie czasy, gdy łoili beztrosko, bez oglądania się na nikogo. Przez cały czas obcowania z materiałem nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że kapela, nie dość, że bardzo się męczy, to co gorsza nie wie, jak temu zapobiec.        

Pierwsze cztery kawałki nie zapowiadają jeszcze skali katastrofy, choć zachwytu również nie wzbudzają. Niby wszystkie charakterystyczne cechy grania Kylesa są (gdzieś tam) na swoim miejscu, ale cholernie brakuje im pazura. Otwierający całość "Tired Climb" to klasyczny, kylesowaty kawałek, który brzmi trochę jak odrzut z którejś z poprzednich sesji. Podobnie "Cheating Synergy", jeden z najlepszych utworów na krążku, a przy okazji jeden z nielicznych, w których Laura zamiast śpiewać, krzyczy po staremu. Dzwonki ostrzegawcze włączają się w "Drop Out", choć sytuacja zostaje z grubsza opanowana w "Crowded Road", kolejnym typowym dla Amerykanów utworze, z niezłym gitarowym motywem w środku. Mimo, że do poziomu, do którego słuchacz został przyzwyczajony w poprzednich wydawnictwach, sporo tym kawałkom brakuje, szkoda mimo wszystko, że w podobnym stylu nie został utrzymany cały album.     

Od "Don’t Look Back" jest tylko gorzej. Kapela nagle postanawia wprowadzić elementy post rocka i smętne pitolenie rozlewa się na resztę krążka. Motyw otwierający ten utwór na pewno już gdzieś słyszałem i na pewno nie był to żaden z wcześniejszych materiałów Kylesa. W gruncie rzeczy nie dziwi mnie to szczególnie, bo i na "Static Tensions" niektóre inspiracje były nad wyraz czytelne. W dalszej części "Spiral Shadow" dominują umiarkowane tempa, Laura śpiewa sobie w najlepsze (ciekawe, jak zdoła odtworzyć te partie na żywo), czasem wręcz irytuje swym zawodzeniem ("To Forget"). Panowie z kolei próbują być progresywni (np. "Spiral Shadow"). Cierpliwość wyczerpuje się niemal całkowicie przy tak kuriozalnych trackach, jak "Back and Forth", który pasuje tu ni mniej ni więcej tylko jak pięść do oka. Fakt, że wciąż da się tu dość wyraźnie słyszeć charakterystyczny styl Kylesa, ale świadomość ta okazuje się mało pomocna w ogólnej akceptacji opisywanego materiału.  

Może Amerykanie uznali, że dotąd prezentowana formuła zaczyna się wyczerpywać i spróbowali czegoś nowego? Może. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że zabrakło pomysłu, jak też to ’nowe’ miałoby wyglądać. A może pomysł był, ale nie starczyło talentu, wizji i kompozytorskich umiejętności? Jak to często w takich przypadkach bywa, zamierzona progresja w graniu zaskutkowała jedynie złagodzeniem brzmienia i przygnębiającym przytarciem kantów. Jasne, mieli prawo postąpić jak chcieli. Terrorizer i tak pewnie wpadnie w zachwyt, ja w każdym razie tego nie kupuję.

Wytwórnia w notce promocyjnej stwierdza: "Let the fiery passion of these burning riffs engulf you!". W świetle zawartości "Spiral Shadow" słowa te brzmią jak żart. Mało udany.

Szymon Kubicki