Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Ritual Abuse

Ritual Abuse - Cough

Ritual Abuse

Wykonawca:

Cough

7 /10

Oryginalna nazwa. Taka jesienna. Skoro za oknem deszcz i słota (może akurat nie w tej chwili), to i kaszel może człowieka złapać. A kiedy już złapie, na nic się zdadzą te wszystkie ostro promowane syropy na kaszel mokry, suchy czy obydwa naraz. Może woda święcona by pomogła, ale tej próbował nie będę w obawie przed zatruciem. Zresztą, po co, skoro przed Cough nie ma co się bronić, tylko słuchać, słuchać, słuchać!

Cough pochodzi z Richmond i jest kolejnym debiutantem w stajni Relapse Records, choć  "Ritual Abuse" to ich drugi album. Wytwórnia zza oceanu dba o zróżnicowanie oferty, tym razem proponując słuchaczowi rasowy sludge/doom w stylu Electric Wizard. Ta nazwa przychodzi na myśl niemal od razu, od pierwszych dźwięków recenzowanego krążka. Podobieństwa do muzy Anglików są momentami wręcz uderzające. To zresztą nie nowa sytuacja, bowiem wydany dwa lata wcześniej debiutancki "Sigillum Luciferi" zdradzał dokładnie te same inspiracje. Bez wątpienia, Czarodzieje kreują trendy i wytyczają ścieżki. Cough to kolejny zespół, który wyraźnie, bez większych zahamowań, pełnymi garściami czerpie z ich dorobku. Nie zawsze jest to wada - czasem dobra kopia nie jest zła, zwłaszcza, jeśli wzorzec jest odpowiednio rasowy. Wprawdzie Cough nie jest aż tak rewelacyjny jak The Wounded Kings, który na początku bieżącego roku błysnął genialnym materiałem, na pewno też bardziej dosłownie stosuje patenty Czarodzieja, robi to jednak na tyle umiejętnie, że mimo wszystko odciska na materiale swe piętno. Warto więc zwrócić uwagę na "Ritual Abuse".

Podobieństwa opierają się nie tylko na masywnym, ciężkim brzmieniu gitar,  charakterystycznych sprzężeniach i niemal identycznych riffach, ale nawet na wokalu. Mógłbym założyć się o większą stawkę, że gdyby Jus Oborn usłyszał większość czystych ścieżek wokalnych z "Ritual Abuse", przede wszystkim zastanawiałby się, jakie tym razem dragi zarzucił, że za cholerę nie pamięta momentu ich rejestracji. Trzeba przyznać, że materiał urozmaicają również mocniejsze, rzygopodobne partie. Jest ich mniej niż na debiucie, ale kiedy już się pojawiają, zazwyczaj dają bardzo interesujący efekt; zwłaszcza gdy występują równocześnie z normalnym śpiewem. Ciekawostką jest również "Crooked Spine", w którym z kolei wokalista momentami ociera się o manierę charakterystyczną dla Layne’a Staley'a, choć to tylko takie luźne skojarzenie.

"Ritual Abuse" cechuje się jednak czytelniejszą produkcją aniżeli materiały EW (brzmi też czyściej i nieco mniej piekielnie niż debiut). Nie ma tu charakterystycznego dla Anglików piwnicznego, niedbałego soundu. Cough nie jest również retro, nie słychać nawiązań do okultystycznego rocka sprzed kilkudziesięciu lat, co wyraźnie zaznaczyło się na ostatnim albumie Czarodzieja. Właściwym znacznikiem będzie tu na przykład okres "Let Us Prey".

Skoncentrowałem się na podobieństwie obydwu kapel, ale w tym przypadku daleki jestem od potępiania Amerykanów za brak kreatywności. "Ritual Abuse" to bardzo dobry, wartościowy materiał. Jakby tego było mało, jego premiera zapowiedziana została na 1 listopada, to jest dokładnie ten sam dzień, w którym rynkiem zatrząść ma najnowsze, niecierpliwie wyczekiwane przeze mnie, dzieło Electric Wizard. Oczywiście, w tym starciu może być tylko jeden zwycięzca, ale wszyscy wielbiciele podobnych dźwięków, o ile jeszcze z Cough się nie spotkali, powinni o nich pamiętać. Wydane do tej pory dwie równe, bardzo dobre płyty świadczą o tym, że kapela może dostarczyć jeszcze niemało wrażeń oraz dobrej muzyki.

Szymon Kubicki