Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Slave To The Self Feeding Machine

Slave To The Self Feeding Machine - Floodstain

Slave To The Self Feeding Machine

Wykonawca:

Floodstain

Gatunek:

Rock

4 /10

Zakładam, że rozpoznawalność Floodstain w Polsce oscyluje w granicach błędu statystycznego. Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, by "Slave To The Self Feeding Machine" zmieniło coś w tym temacie. To drugi album Holendrów, i drugi wydany w barwach BadMoodMan Music, choć kapela może pochwalić się jeszcze jakimiś innymi, wcześniejszymi materiałami, które wydała własnym sumptem. Debiutu nie słyszałem i, biorąc pod uwagę jakość recenzowanego albumu, raczej nie mam czego żałować.

Oddajmy głos wytwórni. Jej zdaniem, Floodstain, podążając drogą wytyczoną przez Fu Manchu, Kyuss oraz Queens Of The Stone Age, tworzy muzykę dobrze wpisującą się w kanon gatunku. Z drugiej jednak strony, dzięki mocnym kawałkom, mają dokładać do tego standardu niewyczerpalne pokłady energii i wyróżniające się, porywające riffy.

Tego typu spostrzeżeniom mówię zdecydowane ‘nie’. Przede wszystkim, zestawienie bohaterów tej recenzji z wymienionymi wyżej nazwami to spore nadużycie; to jak określić kosiarkę mianem samochodu, tylko dlatego, że obydwa wynalazki mają cztery koła i silnik benzynowy. Pomijam różnicę wielu klas, wystarczy tylko pobieżny kontakt z recenzowanym albumem, by przekonać się, że muzycznie to niestety zupełnie co innego. Inne brzmienie, nie ten feeling, nie te emocje. Kanon stoner rocka jest zupełnie gdzie indziej, a Holendrzy nie zbliżyli się doń nawet na odległość rzutu tulipanem.

Otwierający album "Deathproof", oparty na ciężkiej pracy gitar i zdradzający wyraźną fascynację Panterą czy Exhorder, jest jednym z jaśniejszych punktów krążka. Zresztą, wokalista 'jedzie' Anselmem przez cały czas, z rzadka tylko sięgając po Crowbar ("Suicide Pep Rally"). Następny "Icepick Lobotomy" również wyróżnia się na plus. Oparty na klasycznym riffie, zbliża się momentami do charakterystycznej estetyki Church of Misery, choć porównania tego lepiej nie brać dosłownie. Gdyby pozostała część "Slave To The Self Feeding Machine" została utrzymana w podobnym stylu, byłoby przyzwoicie. Niestety, dalej jest tylko gorzej. Pierwszy zakalec to nijaki i mdły "Slave To The Self Feeding Machine", do którego twórcy, chyba przy pomocy młotka, dodali kuriozalną solówkę na zakończenie oraz zagrywki podpatrzone w Korn. Instrumentalny "Jawbreaker (The Peace Within)" to najmocniejszy moment albumu, ale trwa ledwie dwie minuty i właściwie do reszty materiału pasuje jak kwiat do kożucha. "The Slumbering Titan Slayer" wyróżnia się jedynie kilkoma nutami zapożyczonymi od Black Sabbath, co nie jest najlepszym osiągnięciem, zważywszy, że trwa ponad siedem minut. Z kolei słodki refren "Crooked Teeth" zawiera wszystkie elementy, jakich nie cierpię w takim graniu. Kawałek ostatni, "Suicide Bonus", składa się wyłącznie ze zniekształconych głosów osób prowadzących rozmowę przez radio oraz dźwięków karetki i skraca muzyczną zawartość tego i tak niezbyt długiego krążka o ponad cztery minuty.      

Ten bardzo niespójny album obrazuje jedynie schizofrenię twórców, którzy nie mogli najwyraźniej zdecydować się, co właściwie chcieliby grać - nowoczesne łamane rytmy, muzykę do podskakiwania na koncercie czy radiowe refreny. Jest tu wszystko, co połączone razem smakuje niczym ogórki z dżemem, na pewno jednak nie zawiera niczego, co można by określić mianem "stoner". Szczerze mówiąc, Floodstain brzmi (oczywiście nie pod względem produkcji) niczym amatorskie pobrzękiwania licealistów. Zabłądziłem kiedyś do sali gimnastycznej pewnej szkoły, gdzie małolaty udzielające się w kilku kapelkach urządziły sobie koncert, zapraszając na niego kumpli, dziewczyny i rodziców. To, co wtedy usłyszałem, nie odstawało zanadto od poziomu prezentowanego przez Holendrów. Na zakończenie pozwolę sobie raz jeszcze zacytować wytwórnię, która twierdzi, że "Slave To The Self Feeding Machine" może być przyjemnym odkryciem dla wszystkich fanów gatunku. Ja za tę przyjemność (wątpliwą) jednak grzecznie podziękuję.

Szymon Kubicki