Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Return To Zero

Return To Zero - Spiritual Beggars

Return To Zero

Wykonawca:

Spiritual Beggars

Gatunek:

Hard rock

8 /10

Pięć długich lat minęło od wydania doskonałego "Demons". Już zacząłem się martwić, czy aby zapracowany Michael Amott nie odpuścił sobie całkiem tego projektu. A kiedy coś zaczęło się wreszcie dziać w żebraczym obozie, okazało się, że JB woli skoncentrować się na Grand Magus.

Może to i dobrze, bo niefajnie by było, gdyby Spiritual Beggars zawędrował w te same rejony, co Magus. Ktoś kiedyś widział żebraka z mieczem czy innym bojowym młotem w dłoni? Angaż dla Apollo Papathanasio z Firewind także nie wróżył najlepiej. Były to wprawdzie czysto irracjonalne obawy, bo bardzo dawno temu słyszałem (wyłącznie) debiut tej kapeli, nagrany zresztą bez udziału rzeczonego wokalisty. Miałem w każdym razie nadzieję, że zestaw takich muzyków, pod przywództwem rudowłosego gitarzysty, poniżej pewnego poziomu spaść nie może.

Na szczęście, nie myliłem się. "Return To Zero" to bardzo udany krążek. Zaskakująco wręcz udany, odpowiednio przebojowy i autentycznie uzależniający. Żeby uniknąć nieporozumień - nie dorównuje on ani "Demons" ani "Mantra III" czy "Ad Astra". Ale nie o to przecież chodzi. Zresztą, Spiritual Beggars poszedł w innym kierunku i zestawianie ze sobą wymienionych albumów nie ma większego sensu. Jasne, że Duch Przeszłości wciąż rozdaje tu karty, ale tym razem korzysta z innej talii. Po klasycznie hardrockowym "Demons", który najprościej można przyrównać do twórczości Deep Purple, tym razem muzycy zerkają na sąsiednie poletko, zresztą personalnie powiązane. Tu zaczyna się i kończy tęcza, tutaj błąkają się dziesiątki innych kapel z lat '70 i początku '80, tu wreszcie widziano nawet bardziej heavy inkarnację Black Sabbath. Żadna to jednak gwałtowna zmiana stylu, raczej płynna ewolucja. Dobrze rozpoznawalne cechy, charakterystyczne dla Spiritual Beggars, są wciąż wszechobecne.  

Sporo tu ciężkich riffów. Zwróćcie uwagę choćby na "Lost In Yesterday" (ta klawiszowa, "kościelna" partia w połowie, całkiem w stylu wczesnego Deep Purple) czy na pierwszą połowę "The Chaos of Rebirth". Zresztą, ten kawałek to prawdziwy majstersztyk, a jego druga, przyspieszona część ze świetną solówką, to jeden z największych killerów na krążku. Z podobnym powerem grał na dwóch pierwszych płytach Sahg (Norwegowie poruszają się w bardzo zbliżonych klimatach i podobieństw jest tu więcej). Dla kontrastu są jednak i takie utwory, jak balladka "The Road Less Travelled", oparta na dźwiękach fortepianu. Są koncertowe, nieco ponad trzyminutowe hity, jak "Star Born", "We Are Free" czy "Coming Home", które najbardziej przypominają stary Beggars, ale też i wyciszony "Spirit of the Wind" z zapętlonym motywem gitary, w którym najważniejszym instrumentem jest wokal. "Concrete Horizon" tak pachnie wczesnymi latami '80, kiedy to w rocku królowały natapirowane pudle, że aż trudno uwierzyć, że utwór powstał w roku 2010. Nie można przejść obojętnie obok "A New Down Rising" czy "Believe In Me", bardzo rockowym w zwrotkach, za to z bluesowym fortepianem w refrenach. Każdy kawałek ma w sobie coś charakterystycznego i przyciągającego uwagę.       

"Return To Zero" to po prostu klasyczna rockowa płyta. Vintage w każdym calu, w najlepszym gatunku. Wciąż zaskakuje mnie łatwość, z jaką Amott ucieleśnia w Beggars swoje muzyczne pomysły i inspiracje. Świeże, przebojowe i nadzwyczaj łatwo wpadające w ucho utwory sprawiają wrażenie skomponowanych bez cienia wysiłku. Pierwszoplanowe, znakomite partie klawiszy (nic dziwnego, Per Wiberg to autentyczny klawiszowy czarodziej) nadają płycie motylej lekkości i rozświetlają ją pełną paletą kolorów tęczy. Parapet uzupełniają dźwięki gitary o ciepłym, organicznym brzmieniu. Amott kolejny raz udowadnia niesamowite 'czucie' tego instrumentu. Nie forsuje go za wszelką cenę; kiedy trzeba, gra oszczędnie, kiedy trzeba, wstawi solówkę lub jakąś ciekawą zagrywkę. Trochę szkoda, że po miksach nieco z tyłu pozostała sekcja rytmiczna. Bas Sharlee D'Angelo jest mało słyszalny (poza szybszymi momentami w rodzaju "The Chaos of Rebirth"), podobnie dzieje się z perkusją. Nie zmienia to jednak faktu, że Spiritual Beggars to doskonale działający kolektyw.

Jak odnalazł się w nim najmłodszy (stażem, bo w metryki nie zaglądam) na pokładzie? Otóż, bardzo dobrze, lepiej niż można by się spodziewać. Apollo nie tylko jest, pod względem technicznym, znacznie lepszym wokalistą niż JB, ale przede wszystkim perfekcyjnie wręcz wkomponowuje się w zespół. Szczerze mówiąc, momentalnie stał się dla mnie właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Słuchając "Return To Zero" mam wrażenie, jakby była to już kolejna płyta z jego udziałem. Dotarły do mnie porównania jego śpiewu do Dio, ja jednak tak daleko bym się nie zapędzał. Papathanasio śpiewa zdecydowanie oszczędniej i nie zapuszcza się w aż tak wysokie rejestry, w których Dio obracał się niemal nieustannie. Właściwie, jedyny moment, gdzie wokalista podchodzi trochę pod tę manierę, to "Time to Live" - dorzucony jako bonus (w założeniu, do japońskiej wersji, choć znalazł się też na dostępnym i u nas wydaniu w digi) cover Uriah Heep. Bez dwu zdań, Spiritual Beggars miał i nadal ma szczęście do świetnych wokalistów.

Tak więc, "Return To Zero" to masa dobrych pomysłów, genialny feeling i perfekcyjne wykonanie. Takiego grania nie usłyszycie w radiu, choć powinno tam lecieć na okrągło. Miłośnikom nowoczesnej, wypranej z emocji, plastikowej muzy zdecydowanie nie polecam. Wszystkim innym - jak najbardziej.

Szymon Kubicki