Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Audio Secrecy

Audio Secrecy - Stone Sour

Audio Secrecy

Wykonawca:

Stone Sour

Gatunek:

Hard rock

5 /10

Panowie ze Stone Sour pod przewodnictwem Coreya Taylora kazali nam czekać na swoje najnowsze dzieło bite cztery lata. Czy udało im się dobić chociaż do poziomu poprzedniego albumu, czyli "Come What(ever) May"? Czy płyta zawiera hity chociaż porównywalne z "Orchids", "30/30-150", czy nastrojowym "Trough Glass", które to zna chyba każdy, kto chociaż minimalnie zagłębił się w twórczość tego zespołu?

Corey Taylor jako człowiek zajęty rozdwoić się mimo wszystko nie da rady. W kilku wywiadach powtarzał też, że dopada go zmęczenie materiału. Czuje się ograniczony twórczością obu zespołów niczym funkcja sinus. I niestety, słuchając "Audio Secrecy" nie da się tego nie zauważyć. Czuć lekkie znudzenie chyba wszystkich członków zespołu tym co robią. Nie ma już tego miażdżącego dźwięku, świeżości pomysłów i przede wszystkim rzucającego na kolana głosu wokalisty. Wszystko zrobiło się prawie tak płaskie jak klatka piersiowa Kate Moss. I wszystkie te czynniki splotły się w jedno ku mojemu wielkiemu zdziwieniu. Po kilku przesłuchaniach pierwszego singla ("Say You'll Haunt Me") na stronie Roadrunnera spodziewałam się dużo lepszego materiału. Niestety, zawodu się nie dało uniknąć.

To nie jest zła płyta, ma kilka mocnych kawałków, ale jako całość pozostawia wiele do życzenia. Informacja, że płyta debiutowała na 6 miejscu Billboardu jest dość zadziwiająca. Podobnie jak fakt, iż w pierwszym tygodniu sprzedaży w Stanach rozeszła się ona w 46 tysiącach egzemplarzy (rzecz niewykonywalna w kraju nad Wisłą). Miłość do zespołu, czy ciekawość?

Po kilkukrotnym przesłuchaniach tego krążka miłość jakoś tak blaknie, a ciekawość zamienia się w lekką irytację. Teksty jak zwykle są na przyzwoitym poziomie (poza drobnymi wyjątkami), chociaż chwilami mam wrażenie, iż panowie nieco zdziadzieli i nachodzą ich rozterki miłosno-egzystencjalne.  Jeśli w planach był wyciskacz łez i pieśń żałobna w celu użalania się za jakimś straconym obiektem westchnień i zażaleń, to polecam "Hesitate". Pasuje do komedii około romantycznej jak diabli.

Bluźnieniem było by powiedzenie, iż muzycy Stone Sour są ciency. Bo nie są. Warsztat i umiejętności da się wyczuć na kilometr, ale wykonanie jednak nie jest zniewalające. Z całego składu najmniej po uszach powinien dostać Roy Mayorga, bo perkusja brzmi jak marzenie. Ale z drugiej strony po nim akurat nie można się spodziewać niczego innego. Piosenki w większości przypadków zlewają się ze sobą, nie zapadają też jakoś szczególnie w pamięć. Corey nie zachwyca już tak jak na wcześniejszych wykonaniach, chociaż jest to wyjątkowo dziwne zjawisko. "Dying" powoduje faktycznie chęć umarcia, albo chociaż pochlastania się twarogiem, tudzież biczowania się szczypiorkiem. I tekst i muzyka przypominają raczej jakiś wyjąco-jęczący boysband, niż porządny zespół.

Gdyby wyprodukowanie lepszego materiału od tego, który mamy na "Audio Secrecy" miało panom  zająć nawet kolejne 3 lata, to ja jestem za. Lepiej zrobić sobie nawet kosmicznie długą przerwę niż wypuszczać materiał poprawny jak w tym przypadku. Bo nie tego się spodziewałam po Stone Sour.  Zespołów na poziomie zadowalającym, bądź poprawnym mamy dzikie tłumy i wystarczy zakupić tańszą płytę. W Polsce album kosztuje ponad 60 złotych i stosunek ceny do jakości wypada wyjątkowo frustrująco.

Julia Kata