Kup Magazyn Gitarzysta

Jupiter - Atheist

Jupiter

Wykonawca:

Atheist

8 /10

Stało się to, co się stać musiało. Twórcy jednej z najważniejszych płyt w historii metalu (mam rzecz jasna na myśli "Unquestionable Presence") powrócili na scenę z nowym materiałem. Reaktywacja Atheist przebiegała na raty. Zaczęło się od dość nieśmiałych, choć udanych występów na żywo (z tej okazji wydano w ubiegłym roku koncertówkę z Wacken), a później pojawiły się zapowiedzi wydania premierowego albumu.

Wreszcie  najnowsze dzieło Amerykanów, wydane po siedemnastoletniej (!) przerwie, ujrzało światło dzienne. W tym momencie zasadne wydaje się pytanie, czy tego rodzaju powrót ma jakikolwiek sens? Zaniepokojonych uspokajam - zdecydowanie ma, bowiem "Jupiter" jest naprawdę bardzo dobry.

Do pełni szczęścia zabrakło tylko, by kapela reaktywowała się w oryginalnym składzie. Trzon Atheist stanowią teraz Kelly Shaefer i perkusista Steve Flynn, który zagrał na dwóch pierwszych płytach zespołu. Dołączyła do nich dwójka gitarzystów (Chris Baker i Jonathan Thompson), dzięki czemu Shaefer może na koncertach skupić się wyłącznie na wokalu. Podczas pracy w studio frontman nie zrezygnował jednak z tego instrumentu, dlatego na recenzowanym krążku znalazły się ścieżki zarejestrowane przez trzech gitarzystów. W ekipie zabrakło niestety Tony’ego Choya, partie basu nagrał więc Thompson - najmłodszy stażem w ekipie Atheist.

Jak wspomniałem, "Jupiter" to bardzo dobra płyta. W odrębnej (i coraz bardziej licznej, bo dziś kto żyw, powraca na scenę) kategorii albumów powrotnych - wręcz znakomity. A że z powrotami bywa różnie, bez trudu można było wyobrazić sobie i taki scenariusz, że Amerykanom nie udaje się sprostać oczekiwaniom. Tak stało się na przykład z wydanym dwa lata temu materiałem Cynic (biorąc poprawkę na to, że Cynic nigdy nawet nie zbliżył się do poziomu Atheist). Na szczęście u Atheist wszystko (no, prawie wszystko) poszło jak należy. Kapeli udała się trudna sztuka jednoczesnego nawiązania do najjaśniejszych momentów własnej przeszłości (to jest przede wszystkim do "Unquestionable Presence"), jak i nadania muzie nieco odmiennego oblicza, przy zachowaniu charakterystycznych cech własnego stylu. Czy taki zabieg przyniesie wymierne korzyści, okaże się w przyszłości. Na pewno jednak pod względem artystycznym trudno zespołowi cokolwiek zarzucić.       

Po tylu latach nieobecności na scenie Atheist dobitnie udowadnia, że dziś również ma wiele do powiedzenia w dziedzinie technicznego death metalu. Amerykanie nie wiedzą, co to prosta melodia; każdy kawałek musi być połamany w więcej niż wielu miejscach, przy czym nie sprawia to jednak wrażenia kombinowania na siłę. "Jupiter" jest zdecydowanie muzyczny i naprawdę świetnie płynie; choć dźwiękowa budowla albumu powstała z wielu klocków różnych kształtów i rozmiarów, jest bardzo stabilna.

Mam wrażenie, że mniej tu czysto jazzujących momentów, poza tym wcześniej były one mocniej uwypuklone. Tym razem do głosu doszły nieco inne elementy. Wydaje się, że Amerykanie za wszelką cenę chcieli pokazać, iż na starość nie zmiękli i nie złagodnieli. Dzięki temu "Jupiter" to mocny, a przede wszystkim cholernie intensywny materiał. Bez wątpienia najmocniejszy i najbardziej wściekły w całej dotychczasowej historii kapeli. Nie ma tu czasu ani miejsca nawet na chwilę oddechu, bo perkusista naprawdę mocno forsuje tempo. Także Shaefer śpiewa inaczej, zdecydowanie bardziej agresywnie. Wrażenie intensywności pogłębia jeszcze gęste upchanie wszystkich instrumentalnych ścieżek. Generalnie metoda ta sprawdziła się, brak jednak w kompozycjach nieco powietrza i subtelności. Pod tym względem (pod innymi zresztą także) "Unquestionable Presence" mimo wszystko zostawia "Jupiter" w tyle o kilka długości.

Ponadto, odnoszę wrażenie, że zgodnie z najnowszymi trendami pracy w studio brzmienie "Jupiter" zostało dość mocno skompresowane. Przez to materiał brzmi bardzo głośno (porównajcie z wcześniejszymi płytami), dzieje się to jednak kosztem dynamiki. Całość idealnie nadaje się do słuchawek, ale w kolumnach czy samochodzie może trochę męczyć. Nie obraziłbym się też na nieco wyraźniejsze uwypuklenie linii basu, choć np. w "Ficticious Glide" słychać go całkiem nieźle. Za to drugi element sekcji rytmicznej to autentyczne mistrzostwo. Warto przynajmniej raz posłuchać "Jupiter", koncentrując się wyłącznie na partiach perkusji. Podsumowując, jest bardzo dobrze, ale w bezkrytyczny zachwyt nie wpadam.

Szymon Kubicki

 

Alternatywna recenzja:

Atheist to z pewnością zespół, który w latach 90. wyprzedził swoje czasy. "Piece of Time", "Unqestionable Presence" i "Elements" do dziś pozostają dla technicznego, progresywnego thrash/death metalu tym, czym dla całego świata jest wzorzec metra w Sevres pod Paryżem. Razem z Pestilence i Cynic amerykańce pokazali, że metal to nie tylko grzanie na 4/4, ale że można bez problemu łączyć się z gatunkami takimi jak jazz czy fusion. Atheist od 1993 roku nie nagrali jednak nic nowego, a metal przez 17 lat na pewno nie stał w miejscu. Tym większa więc była moja radość i ciekawość, gdy okazało się, że światło dzienne ujrzy "Jupiter" - czwarty album w dorobku grupy. Pestilence i Cynic wywołały swoimi powrotami mieszane uczucia, albo nagrywając muzykę zbyt zachowawczą ("Ressurection Macabre"), albo zbyt eksperymentalną ("Traced in Air"). Jak na ich tle plasuje się Atheist?

Pierwszy odsłuch nowego materiału spowodował we mnie uczucia wręcz ekstatyczne, a "Second to Sun" rzuciło mną o ścianę z siłą wnerwionego Pudziana. Na pewno wrażenie robią umiejętności techniczne muzyków, niesamowita energia bijąca z tych dźwięków. Atheist świetnie połączył metalową motorykę z nieszablonowym podejściem do aranżacji, chociaż to chyba nie powinno dziwić nikogo, kto miał kontakt z ich wcześniejszymi dokonaniami. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że cała płyta trzyma równy poziom nie mając słabych punktów. "Live and Live Again" to murowany hit na koncerty, w niczym nie ustępuje mu “Faux King Christ". Zresztą cały album na pewno sprawdzi się na żywo, co nie jest łatwe do uzyskania przy takim zagmatwaniu. Warto jeszcze dodać, że Panowie nie przespali ostatnich 17 lat i słychać, że mają pojęcie co dzisiaj w metalowej trawie piszczy - chociaż oczywiście nie można tu mówić o jakich ewidentnych inspiracjach. Album nie brzmi w żaden sposób archaicznie, chociaż stanowi widoczną kontynuację albumów z lat 90., a zwłaszcza dwóch pierwszych płyt. Jeszcze słówko o świetnej produkcji albumu i wychodzi na to, że mamy przed sobą album bez wad. Czy tak jest naprawdę? To byłoby zbyt piękne, by być prawdziwe. Mimo, że "Jupiter" wciąż wzbudza naprawdę pozytywne odczucia, to jednak po bliższym zapoznaniu się z zawartością można odnieść wrażenie, że płyta jest troszkę zbyt zachowawcza. Oczywiście, 90% dzisiejszych kapel metalowych może tylko marzyć o nagraniu czegoś na tym poziomie, co nie zmienia jednak faktu że od kogo oczekiwać jak najwięcej, jak nie od największych? Atheist przez lata obrósł legendą zespołu przełomowego i wyznaczającego nowy kierunek w muzyce metalowej. Taka legenda może jednak ciążyć, bo granice ciężkiego grania zostały niewyobrażalnie przesunięte od czasów, gdy to amerykanie kreowali nowe trendy. Nie każdy nazywa się Celtic Frost czy Mayhem i nie każdy potrafi powrócić po latach z albumem z jednej strony zupełnie odmiennym od dotychczasowych dokonań, a z drugiej godnie kontynuującym trwający kult wśród fanów i nowatorskim zarazem. Atheist na pewno nie zawiódł oczekiwań, dostarczając nam album nagrany na najwyższym światowym poziomie. "Jupiter" to bez dwóch zdań ścisła czołówka wydawnictw roku 2010, płyta która zadowoli starych i pozwoli zyskać nowych fanów. Obiektywnie rzecz biorąc trudno mieć do tego albumu jakiekolwiek zastrzeżenia, a że apetyt był może troszkę większy? Przecież dostaliśmy wykwintne, doskonale przyrządzone i podane muzyczne danie, więc nie ma sensu narzekać.

Ocena: 9/10