Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / A Road To Depression

A Road To Depression - All Ends

A Road To Depression

Wykonawca:

All Ends

Gatunek:

Rock

4 /10

Ostatnio miałam do czynienia z naprawdę dobrymi płytami. Były ciekawe, z polotem i naprawdę interesujące. Ale cóż, wszystko co dobre, kiedyś się kończy. I zostaje tylko droga, nawet nie do piekła, a do depresji. Wyjątkowo krótka droga.

Problem z projektami pobocznymi jest taki, że... no, są poboczne. Mają być zazwyczaj odskocznią od oficjalnych projektów i kajdan własnych założeń muzycznych. Swoisty kaganiec zostaje zastąpiony rozciągliwą smyczą i można poszerzyć horyzonty. O ile w niektórych przypadkach jest to strzał w dziewiątkę (vide Lunatic Soul), o tyle w innych można co najwyżej powiedzieć o strzelaniu gdzieś między płotem a kolanem. Tak właśnie jest w przypadku "A Road To Depression".

Dwóch, skądinąd dobrych, gitarzystów grających (i nie grających) w In Flames miało chyba całkiem przyjacielskie zamiary odnośnie tego projektu. Tyle, że dziwnym trafem sami wypadli z obiegu i została tylko reszta muzyków i ich dziwna koncepcja na płytę. W zespole zmieniła się też wokalistka. Obecnie na stanie All Ends posiada pań śpiewających sztuk dwie. Nie powiem, żeby któraś z nich powalała na kolana. No, chyba że ze znudzenia.

Jak wiadomo, Szwecja metalem stoi, a wspomniane panie wydają się być trochę z innej bajki. Silenie się chociażby na hard rock wychodzi im mniej więcej tak, jak praca naszym posłom. Nie można powiedzieć, by miały złe głosy, bo te są całkiem przyzwoite. Ale już dykcja, maniera, akcent i jakość dopasowania się pozostawiają wiele do życzenia. Wszystko wydaje się śpiewane na siłę, bez większego pomysłu i polotu. Nuda wali drzwiami, oknami i dziurą w kolanie.

Muzycznie zespół stoi całkiem przyzwoicie, ale wszystko zebrane razem do kupy staje się straszliwie wtórne i nudne; jedyne, co jest ten materiał w stanie wykrzesać ze słuchacza, to nagły i dotkliwy odwrót neuroprzekaźnika zwanego dopaminą (który, swoją drogą, odpowiada m.in. za depresję) z mózgu. Kubica miałby pewnie spory problem z dogonieniem jej podczas salwowania się ucieczką. Co gorsza, większość kawałków ma bardzo przyzwoite wstępy, które robią pewien smaczek. Po kilkunastu sekundach pozostaje już jednak niestety tylko niesmak. To coś jak lizanie Bambino przez papierek. Piosenki dość dotkliwie zlewają się ze sobą, trudno zapamiętać choćby jeden utwór. Chociaż "Nobody's story" z uporem maniaka trzyma się klimatu zaprezentowanego w filmie o dźwięcznej nazwie "Zmierzch", to mimo wszystko wyróżnia się na tle pozostałych i jako tako da się zapamiętać i przetrawić. Nawet wokalizy nie brzmią przyjemnie, niczym solówka sąsiada na wiertarce o 7:30 w sobotni poranek. Pianino nieco wszystko zagłusza, ale... nie kopmy leżącego. Szkoda, że to właściwie jedyny dobry kawałek na płycie. "Wretch" mógłby jeszcze kandydować do miana przyzwoitego, ale to wciąż za mało...

Wytwórnia cukrowała zespołowi w notce o "A Road To Depression", że album ten ma szansę zostać płytą roku. Owszem, ma, pod warunkiem, że byłaby jedynym wydanym tytułem. Reklama dźwignią handlu, tyle że ten towar nie jest wart zakupu.

All Ends jakiś potencjał w sobie ma, ale potrzebuje chyba dostać solidnego kopa, by trafić na właściwe tory. Byle mniej depresyjne, bo więcej nie zniosę.

Julia Kata