Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Blues For The Dead

Blues For The Dead - Lonely Kamel

Blues For The Dead

Wykonawca:

Lonely Kamel

Gatunek:

Rock

9 /10

Muzyczne wycieczki w przeszłość wciąż nie wychodzą z mody. Ciągle odkrywam nowe zespoły, szukające inspiracji w rocku sprzed 40 lat. I wcale nierzadko zdarza mi się trafić na autentyczną perełkę. Nieodmiennie zachwycam się wtedy świeżością spojrzenia tych ekip na vintage’ową materię, a także łatwością, z jaką uzyskują one brzmienie i klimat dawno minionych czasów.

Jednym z takich, wyjątkowo wartościowych, wynalazków jest Lonely Kamel stacjonujący w Oslo. Nie zdziwiłbym się wcale, gdyby liczba bandów muzycznych w tym mieście była większa od ilości mieszkańców, ale w kraju fiordów pewnie nawet drzewa i głazy mają własne kapele. Norwegowie działają ledwie cztery lata, ale "Blues For The Dead", wydany nakładem Transubstans Records, to już ich drugi album (a wytwórnia podaje, że trzeci pojawi się niebawem). Chłopaki podobno na żywo dają czadu, nic więc dziwnego, że w przyszłym roku pojawią się między innymi na holenderskim Roadburn.  

Wbrew przewrotnemu tytułowi, samotny Kamel (nie mylić z celebryckim prezenterem) nie ma stricte bluesowego charakteru. Jasne, że elementy gatunku są tu wyraźnie słyszalne, to przecież oczywiste, jeśli mowa o rocku z lat '70. Kapela porusza się po tym obszarze z niesamowitą wprost łatwością, w czym przypomina choćby Graveyard czy Night Horse, a nawet Witchcraft ("No More Excuses"). W każdej nucie krążka słychać, że Norwegowie mają to granie we krwi. Zwróćcie uwagę na solówkę w stylu boogie w "A Tale Of A Mad Man", hendrixowski motyw przewodni i zabójcze chórki w "Green Eyed Woman", doskonały klimat "Stick With Your Plan", czy otwarcie z użyciem hammondów we wspomnianym "No More Excuses". Mógłbym tak wymieniać dalej, tyle tu bowiem niewymuszonego luzu, swobodnego prowadzenia kompozycji i szczerej radości z grania, że efekt musiał być po prostu wyborny.  

Nie można powiedzieć, by "Blues For The Dead" był jakoś szczególnie przebojowy, żaden z utworów do radia raczej się nie załapie, żadna z melodii nie kołacze się również uparcie po głowie. Zespół nie próbował za wszelką cenę stworzyć hitu i, na szczęście, w takim podejściu do komponowania różni się wyraźnie od, przykładowo, The Answer. Tych ostatnich słyszałem w radiowej Trójce, a o Lonely Kamel wie zapewne ledwie kilka osób. Komercyjny potencjał tej muzy jest zatem niewielki i pewnie też żadna z kompozycji nie wejdzie do rockowego kanonu. To wszystko nie ma jednak znaczenia, bo siłą płyty jest jej spójność i bardzo duży flow. Muza płynie sobie całkowicie naturalnie, czasem nawet docierając do księstwa psychodelii (najlepszy przykład to najdłuższy utwór na płycie o jakże znamiennym tytule "The Trip"). Słuchaczowi nie pozostaje zatem nic innego, jak tylko ulec nurtowi i zagłębić się w ponad 55 minut muzyki najwyższej jakości.

Na koniec, nie można nie wspomnieć o świetnym warsztacie muzyków, uwypuklonym przez ciepłe, analogowe brzmienie materiału. Przede wszystkim, wokalista Thomas Brenna spisał się wybornie. Swobodnie operuje głosem, nie szarżuje w wysokie rejestry, a jego barwa doskonale pasuje do wykonywanej muzy.

Rewelacyjny album. Rzecz obowiązkowa zarówno dla miłośników podobnego grania, jak i dla wszystkich tych, którzy chcą sprawdzić, o co chodzi w tym całym vintage rocku.

Szymon Kubicki