Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / War Machine

War Machine - Tank

War Machine

Wykonawca:

Tank

Gatunek:

Heavy metal

2 /10

Zastanawia mnie po co takie zespoły jak Tank jeszcze istnieją. Po co robią wielki, szumny reunion i kto, i czy w ogóle go potrzebuje? Ta garstka zapaleńców, która rok w rok udaje się na festiwal ''Keep it true'' w Niemczech? No może, aczkolwiek podstarzali metalowcy to żaden marketingowy target, a i popytu już na takie dźwięki nie ma. Renesansu heavy metalu nie ma i nie będzie, nie będzie też powrotu NWOBHM, jak i amerykańskiego heavy/power. Kto miał się ostać po dziś dzień, ten się ostał, a Tank, nawet w odświeżonym (i to bardzo poważnie, bo NOWYM) składzie nikogo nie interesuje.

Osiem lat od wydania poprzedniego albumu to szmat czasu, który rzucił niemałe piętno na to, co Tank zaprezentowało nam (a przede wszystkim fanom) na ''War Machine''. Po pierwsze sam fakt obcowania z tym albumem obrzydza mi okładka. Ja się pytam, kto normalny zdecydował się umieścić coś takiego na froncie? Ja wiem, że to taki hołd dla poprzednich obrazków, ale bez przesady? Jeszcze dodajmy do tego skrajnie wypolerowane brzmienie (to tak dziś brzmi heavy metal?), o dziwo - średniej jakości wokale niedoszłego wokalisty Iron Maiden Doogie'go White'a, potężną dawkę nudy - bo utwory trwają w zależności od pięciu do sześciu minut, nawet dodatek w postaci syntezatorów w balladzie (?) ''After All'' jak i całą masę do bólu oklepanych riffów sprzed trzech dekad, a właściwie to n-tej wariacji na temat tego, co przez lata prezentowało Iron Maiden - tylko tak pięć razy gorzej. Strasznie mnie to boli, bo jeśli tak znamienici muzy jak wyżej wspomniany Doogie White czy obsługujący gitarę Cliff Evans, nagrywają dosłownie i w przenośni wariację - a może bardziej parodię, na temat tego, co Tank prezentowało w przeszłości, to mnie osobiście, by tutaj nie przeklinać - irytuje już sam fakt, żerowania na skąd inąd i tak daremnej nazwie.

Kontynuując - ''War Machine'' to istna heavy metalowa nuda, album tak straszny, iż jak najszybciej wszyscy - z wydawcą włącznie, powinni o nim zapomnieć. Wydaje mi się, że świat NWOBHM może jeszcze istnieć, i to w dodatku bez Tank (popatrzmy choćby na skandynawski Enforcer). Jedyną zaletą, a jednocześnie kompletnie nie-tankowym utworem na tym albumie jest ''The Last Laugh'' z doskonałym, łatwo wpadającym w ucho refrenem. Co z tego, skoro reszta i tak nie trzyma się ani kupy ani dupy? Nie mam czterdziestu lat, nie pamiętam czasów świetności (jakąkolwiek by ona nie była) tej formacji, ale wiem, że nawet stare dziadki potrafią jeszcze dołożyć do pieca - czego najlepszym przykładem niech będzie ostatni album Europe lub to, jakie koncerty gra Def Leppard.

Bez cienia jakiejkolwiek wątpliwości wystawiam im szkolny mierny.

Grzegorz ''Chain'' Pindor