Kup Magazyn Gitarzysta
Strona główna / Muzyka / Recenzje / Tour Of The Universe - Live in Barcelona

Tour Of The Universe - Live in Barcelona - Depeche Mode

Tour Of The Universe - Live in Barcelona

Wykonawca:

Depeche Mode

Gatunek:

Pop

8 /10

Płyta - trasa - DVD; to od trzech ostatnich płyt studyjnych schemat muzycznej aktywności Depeche Mode. Oczywiście, pomijając single czy wszelkiego innego rodzaju składanki i remiksy, w końcu Anglicy to mistrzowie sprzedaży po kilka razy tego samego produktu, którzy merkantylizację swej marki doprowadzili do totalnej perfekcji.

Po Paryżu i Mediolanie, gdzie rejestrowano koncerty w ramach dwu wcześniejszych tras, tym razem wybór padł na Barcelonę. To właśnie tam, 20 oraz 21 listopada 2009 roku kapela w ramach "Tour Of The Universe" zagrała dwa koncerty w gigantycznej hali Palau Sant Jordi. Zapis video tego wydarzenia trafił na recenzowane wydawnictwo, które, jakżeby inaczej, ukazało się jednocześnie w kilku różnych wersjach. Ta wzięta przeze mnie na warsztat obejmuje jedną płytę DVD i dwie CD, zawierające wersję audio występu. Jej druga, bardziej wypasiona odsłona, bogatsza jest o jeszcze jeden krążek DVD, wypełniony dodatkami.

Koncert zagrany został w ramach promocji "Sounds Of The Universe", nic zatem dziwnego, że - wliczając utwory bonusowe - można tu zobaczyć oraz usłyszeć sześć kawałków z tego wydawnictwa. Przy okazji, odświeżono nieco setlistę i zdecydowano się na kilka kompozycji, które ostatnimi czasy nie były prezentowane na żywo zbyt często. Zaskakująco hojnie potraktowano "Black Celebration", z takimi reprezentantami, jak  na przykład "Dressed In Black", "Fly On The Windscreen" czy "Stripped". Miłą niespodzianką okazał się "One Caress" czy "Sister of Night". "Exciter" wciąż traktowany jest po macoszemu, poza tym kapela tym razem nie cofnęła się w przeszłość tak daleko, jak to wcześniej bywało. Największą radochę sprawiają jednak zawsze żelazne hity, osłuchane na wszystkie strony, bez których nie może się obejść żaden show Depeche Mode. I tych zdecydowanie nie zabrakło.

Nie jestem entuzjastą "Sounds Of The Universe". W mojej ocenie nie jest to udana płyta, a koncert ten, niestety, tylko to potwierdza. Niemrawe otwarcie w postaci trzech utworów ze wspomnianego albumu w pewien sposób "ustawia" cały dalszy występ. Może to zasługa specyficznego montażu (o czym później), ale kataloński występ Depeche Mode jest po prostu senny, chwilami wręcz niemrawy; muzycy sprawiają wrażenie dziwnie nieobecnych. O ile w przypadku introwertycznego Gore’a nie dziwi to szczególnie, w przypadku Gahana może już być zastanawiające. W tym perfekcyjnie odegranym show zabrakło po prostu odrobiny spontanu. Wszystko jest wyreżyserowane w najmniejszych szczegółach. Na usprawiedliwienie zespołu muszę jednak przyznać, że dane mi było widzieć znacznie goręcej reagującą publiczność aniżeli ta, zebrana tego wieczoru w Palau Sant Jordi. Właściwie jedyny moment, gdy panowie zrzucają na chwilę maski profesjonalistów, zdarzył się na sam koniec. W "Waiting For The Night" (który obydwaj  G. odśpiewali, wychodząc bliżej publiczności po specjalnym pomoście - zabieg niemal identyczny z tym zastosowanym w "Goodnight Lovers" na DVD z Mediolanu) Gahan pomylił tekst, co wywołało szczery atak perlistego śmiechu Gore’a. Szkoda, że zabrakło więcej podobnych momentów.

Naturalne jest, że Depeche Mode przy okazji każdej trasy zmienia wygląd sceny. Tym razem, w porównaniu z futurystycznym Mediolanem, motywem przewodnim był ascetyzm, a najlepszym jego wyrazem - zwykłe, proste statywy klawiszowe. Żadnych dziwactw, jedynie ogromny ekran z wizualizacjami wyświetlanymi w tle. Wyjątek stanowił Gore, który zmieniał gitary częściej niż Joe Bonamassa (kawałki, w których grał na keyboardach, można policzyć na palcach jednej ręki). Wyglądało to trochę zabawnie, trudno go przecież nazwać wirtuozem tego instrumentu, ale z drugiej strony cieszyło oko, bo jego gitary vintage są autentycznie piękne. Może ten skromny, surowy wystrój sceny wynikał z klimatu "Sounds Of The Universe", z założenia nawiązującej do przeszłości.

Najwyraźniejsza różnica, w porównaniu z dotychczasowymi wydawnictwami koncertowymi DM, zauważalna jest w sposobie realizacji i montażu materiału. W założeniu chodziło pewnie o coś innowacyjnego, nietypowego, może eksperymentalnego, ale jeśli o mnie chodzi - nie do końca kupuję tę stylistykę. Po pierwsze, wszyscy, którzy chcieliby lepiej przyjrzeć się swym ulubieńcom, jak również ci, którzy mieli nadzieję policzyć zmarszczki na obliczu Gahana, muszą obejść się smakiem. Dominują tu bowiem dalekie plany, a zwłaszcza jeden z najczęściej wykorzystywanych, ukazujący scenę 'przez ręce' publiki, mający - jak sądzę - wywołać wrażenie uczestnictwa widza w wydarzeniu. A kiedy kamera pojawi się już na scenie, koncentruje się na detalach - gitarze Gore'a, tatuażach Gahana czy wybranym szczególe ich ubioru. O Fletch'u nie ma w ogóle sensu wspominać, bo pojawia się na ekranie naprawdę sporadycznie.

Do tego jeszcze kamerzyści bawią się swymi zabawkami, z upodobaniem manipulując przy ostrości. W rezultacie non stop widzimy ujęcia z oddali, gdzie widoczne są jedynie ręce tłumu i rozmazane plamy sylwetek muzyków. To samo zresztą dotyczy zbliżeń obrazu. Efekt ten, użyty z umiarem, bez dwu zdań byłby interesujący, jednak stosowany bez przerwy zaczyna irytować. Realizatorzy zapomnieli także o publice, która w obiektywach kamer pojawia się sporadycznie (za wyjątkiem niesamowitych ujęć całej hali, gdzieś z wysoka), a od strony sceny wręcz epizodycznie. Nawet tradycyjne, rytualne machanie rękami podczas "Never Let Me Down Again" przyciąga jedynie chwilową uwagę operatora. Pojawia się tu kilka naprawdę ciekawych ujęć, ale najczęściej kamera jest zupełnie nie tam, gdzie w danym momencie powinna, moim zdaniem, być.

Nie wiem, jak opisane zabiegi przyjmują legiony najzagorzalszych fanów Depeche Mode, ale to przecież i tak jest bez znaczenia, bo pewnie wszyscy od dawna mają to wydawnictwo w domu, w każdej z dostępnych wersji rzecz jasna. Mniej zaangażowanym poleciłbym raczej Milan albo bezkonkurencyjny "Devotional", który w moim odczuciu wciąż jest ideałem koncertowego wydawnictwa DM.

Szymon Kubicki